Bycie patronem takich muzycznych wydarzeń to ogromna przyjemność. W ten piątkowy wieczór, z dala od pędzących ulic centrum miasta, nieco na uboczu, a jednak w doskonale znanej alternatywnej rodzinie – podwórkowej kolebce klubu Chmury – odbyła się stołeczna odnoga Spiral Tour, czyli ogólnopolskiej trasy angel egg, przy wsparciu zaproszonych gości. Na scenie spotkały się warszawsko-krakowskie dźwiękowe światy. Rzadko zdarza się, aby muzyczne emocje były tak dobrze rozłożone i uderzały równomierną mocą.
Całość otworzyło duszno, dobrze znane chociażby uczestnikom OFF Festivalu, i błyskawicznie wprowadziło w świat nierealnych, zamglonych światów pełnych przesterowanych ścian gitar i nostalgii. Kaś, mimo doskwierającego przeziębienia, wzmocniona magią ciepłego wywaru ku zdrowotności, zaserwowała od otwierających Papierków i okruszków wachlarz swoich wokalnych możliwości, stopniowo budując klimat przez numery jak Za żelazną bramą, Żółte tapety, Bluszcz, Meduzy czy jeden z moich ulubionych 10 mieczy (szkoda, że nie wybrzmiała Maskara). To piękna odsłona rodzimego shoegaze’u, w którym senne melodie, rozmyte gitary i hipnotyczne dźwięki zabierają nas w zupełnie inny wymiar. Po takim występie apetyt na więcej tylko rośnie.
Gospodarz trasy angel egg, podobnie jak poprzednik – z Warszawy – dał po raz kolejny przejmujący, balansujący klimatem i doznaniami występ (relacja z ich koncertu na Bemowie TUTAJ). Wszystko, skąpane w mocnych niebieskich światłach, pozwoliło na skupienie wyłącznie na muzycznych podróżach płynących ze sceny, a tych nie brakowało. Zaczęli hipnotycznie od, nomen omen, blue light. Tradycyjnie skupiona, skoncentrowana Ola za mikrofonem i syntezatorem, pilnujący i mający oko na wszystko gitarzysta Kuba, napędzający na pierwszym planie tego wieczoru bas Kacpra oraz dynamika uderzeń Julki za garami – to było idealne rozłożenie akcentów. Ta podróż przez m.in. Nightfall czy zamykające całość Violence is a number była przyjemnością. Miło patrzeć, jak konsekwentnie ten zespół się rozwija i świadomie buduje pozycję na scenie. Po raz kolejny weszliśmy w nieco gęstszy alternatywny klimat z elementami trip-hopu, dream-popu, shoegaze czy post-punka. Widząc ich na scenie kolejny raz, daje się zauważyć większą pewność siebie, a zagranie Massive Attack było naturalną koleją rzeczy.
Finał należał do krakowskiej kobiecej szajki Wilgoć, która zaprezentowała punkt widzenia, może nie na rzeczy ostateczne, ale na te jak najbardziej tu i teraz. Jak przystało na domknięcie tej koncertowej stawki – było tu najbardziej łobuzersko, rockandrollowo i imprezowo. Od początku nie było spokojnie. Było trochę funku, wibracji i wykrzykiwania, a to zawsze obiecująca mieszanka. Był to też najbarwniejszy występ, począwszy od świateł, a skończywszy na samych strojach dziewczyn. Czego tam nie było: indyjska mistyka, Bob Marley na koszulce, wnerw i frustracja, rytualne solówki na fletach czy czas na bongosa. Przy numerze Wojna – z dedykacją, by nie dać się manipulować – rozpętało się pogo bez taryfy ulgowej i wyrzutów sumienia, a m.in. Brud, Kobieta czy obowiązkowy Trzemielojad dopełniły całości. Wychodzenie po takich szturmach na powietrze to zawsze dotyk absolutu.
Ten wieczór pokazał po raz kolejny, że mamy u siebie mnóstwo dobrej, niezależnej muzyki, tworzonej przez wrażliwych, kreatywnych i bezkompromisowych artystów. To właśnie takie koncerty przypominają, że poza głównym nurtem dzieje się naprawdę wiele – powstają dźwięki świeże, odważne i nieoczywiste, a młode zespoły konsekwentnie budują własny język i własną przestrzeń. Warto ich słuchać, wspierać i dawać im miejsce na scenie, bo to właśnie z takich małych, niezależnych inicjatyw często wyrasta coś wartościowego. Obyśmy znów szybko wpadli na siebie w tej dźwiękowej mgle.
Wojciech Markowski
zdj. electrolite.wm
Więcej również na:
https://www.facebook.com/electrolite.wm
www.instagram.com/electrolite.wm
Nieznany
electrolite.wm@gmail.com
Muzyczna 15
Warszawa, 00-001