Wczoraj na warszawskim Bemowie było naprawdę różnorodnie. Od mocnych gitar i alternatywnych klimatów po rap i autorskie projekty — każdy mógł spokojnie znaleźć coś dla siebie. Open Stage w Amfiteatrze w Parku Górczewska wystartowała z kolejną edycją, a nam nie pozostaje nic innego, jak tylko przyklasnąć kontynuacji tej ciekawej, wartościowej i ważnej inicjatywy. Organizatorem wydarzenia było Bemowskie Centrum Kultury.
Ciekawy to był czas i kolejna udana edycja. Zanim jednak wszystko się rozpoczęło, scenę rozgrzewał gospodarz i prowadzący całe to zamieszanie — Konrad Ziaja „Namaste”, znany choćby z warszawskiej formacji Fenomen. Dynamicznie i z wielkim luzem zapraszał wszystkich przebywających w pobliżu amfiteatru do zajrzenia i uczestniczenia w koncertach. Nie liczył się wiek ani płeć — najważniejsze były chęci i ciekawość. Okazało się to wyjątkowo skuteczne i przypominało to rewelacyjną scenę z „Blues Brothers”, gdy Jake i Elwood przez megafon zapraszali wszystkich ze swojego bluesmobilu na planowany koncert.
Tego wieczoru doświadczyliśmy nie jednego, a aż ośmiu młodych artystów i zespołów, którzy zaprezentowali pełen przekrój świeżych brzmień. Plako Wajber & Tobik rozpoczęli całość energetycznym połączeniem nowoczesnego rapu, zapodając bujające numery, takie jak mocno przebojowe Łocziugondu, Shit Don’t Stop, Myśliciele czy Efekt Yoyo.
W podobnych rejonach, choć pachnących nieco brooklyńskim echem, znalazł się Tony Montana, serwując w całości anglojęzyczny repertuar, w tym m.in. numer Shady Lady z dedykacją dla zgromadzonej płci pięknej.
Pojawił się również 4NATE, który swoją energią oraz wsparciem zaprzyjaźnionej ekipy szybko rozkręcił pierwsze podsceniczne harce. Mimo iż sił fizycznych nie brakowało do samego końca, w pewnym momencie dało się odczuć skutki przeforsowania głosu.
Bardzo ciekawie wypadły również Żebra, prezentując twórczość mocno osadzoną w rozliczeniach z problemami psychicznymi i wykonując numery takie jak Bulimia, Depra czy Miłość.
Oczywiście — co dla nas najważniejsze — było też gitarowo. Cornelius Blackwater Band, czyli zespół założony przez trzech braci połączonych wspólną pasją do amerykańskiego brzmienia, zafundował bardzo udany posmak dzikiej prerii i nieujarzmionych mustangów w galopie. Był to jednak klimat odpowiednio przybrudzony, klimatyczny i daleki od kowbojskich tańców w stodole. Głos Cornela był mocny, a wsparcie jego partnerki Dominiki — również obecnej przy mikrofonie i z tamburynem — tworzyło interesującą, dynamiczną mieszankę. Zespół zagrał aż siedem numerów, rozpoczynając od The Gates Of Heaven, przez m.in. Albuquerque, Train, Come On Baby, Serpent’s Blues i Dead Inside.
Gdy na scenę wkroczyła Maria Łyszkowska z zespołem, nastąpiła kolejna zmiana stylistyczna. Rozpoczęło się czarowanie subtelnym wokalem, emocjonalnymi tekstami i klimatycznym brzmieniem z pogranicza alternatywy, jazzu oraz popu.
Duże brawa należą się również angel egg, którzy mimo krótkiego czasu i widocznego lekkiego stresu na twarzach, dobrze zaprezentowali swój psychodeliczny klimat i muzyczną podróż pełną dźwięków inspirowanych Massive Attack, Portishead czy post-punkiem. Usłyszeliśmy m.in. Spiral oraz Blue Light.
Wieczór zamknął Bloody Mess i był to finał z prawdziwym przytupem — mocne uderzenie oraz bezkompromisowa energia. Pod sceną pojawiło się wierne, niezmordowane wsparcie, pierwsze pogo i czyste szaleństwo.
Sporo się tam działo. Nie obeszło się nawet bez coveru Break Stuff Limp Bizkit, do którego zaproszony został Namaste. Mimo ton kaszkietowego testosteronu, który wyzwala ten numer, amfiteatr nie doświadczył żadnych zamieszek, demolki ani innej społecznej apokalipsy. I bardzo dobrze — będzie dzięki temu gdzie wrócić na kolejną edycję wydarzenia, planowaną na wrzesień. Ptaszki ćwierkają, że ma być bardziej rockowo-metalowo, więc obecność naszego portalu wydaje się raczej pewna.
zdj. electrolite.wm
Więcej również na:
Nieznany
electrolite.wm@gmail.com
Muzyczna 15
Warszawa, 00-001