13 listopada 2025

Wywiad: Karolina Charko

Karolina Charko to artystka, która nie boi się szczerości – ani w muzyce, ani w rozmowie. Choć dopiero szykuje się do premiery swojego debiutanckiego albumu, już teraz słychać, że ma do opowiedzenia coś wyjątkowego. Jej piosenki są pełne emocji, melancholii i życiowych obserwacji, a sama Karolina z pasją, uśmiechem i błyskiem w oku opowiedziała specjalnie dla naszego portalu o procesie ich powstawania.

Niezmiernie się cieszę, że mamy okazję porozmawiać i to z dwóch powodów: po pierwsze niedługo wychodzi twój debiutancki album, który jest niezwykle interesujący, a po drugie – jesteś z Lublina, więc nie ma opcji na nudną rozmowę, bo my ze wschodu to ponoć marudy, ale i gaduły!

Ja też się bardzo cieszę! Tak, to prawda, zdecydowanie jestem gadułą (śmiech – przyp. red.)

Niedawno wróciłaś z wojaży. Wiem, że były udane  - możesz powiedzieć coś więcej?

No tak, w trzy dni zrobiliśmy 1300 km po Polsce. Odwiedziliśmy (ja i Piotr Lato z gitarą) dwa konkursy piosenki autorskiej. Pierwszy odbył się w Opolu, tam udało nam się zdobyć jedną z nagród - wracamy za rok z koncertem na Opolszczyznę na Festiwal Poezji Śpiewanej w Dąbrowie. Drugi konkurs, na drugim krańcu Polski, miał miejsce w Świeciu i tam udało nam się ten festiwal wygrać! Oprócz pieniężnej nagrody, wygraliśmy występ jako support przed Raz Dwa Trzy, który odbywał się właśnie tam dzień po konkursie.

Jak się grało przed nimi? Ich koncerty zawsze gromadzą dużą publikę.

Emocje był ogromne! Ale tak naprawdę od momentu ogłoszenia wyników, do wejścia na scenę na soundcheck następnego dnia - stresowałam się mocno. Nie występem, czy jak to wypadnie - ale sam fakt był tak wielką nobilitacją i tak wiele komplementów i miłych słów o mojej muzyce usłyszałam, że z wrażenia nie mogłam spać w nocy (śmiech – przyp. red.). Te wielkie emocje towarzyszyły mi do momentu, aż nie zaczęłam śpiewać. Próba dźwięku, już na tej sali (prawie 400 osób), widok świateł, komfort odsłuchu, to wszystko mnie uspokoiło i po tym zszedł cały stres. Podczas samego występu czułam już tylko samą radość.

Zdobyłaś rozpoznawalność dzięki udziałowi w pierwszej edycji programu „The Voice of Poland” w 2011 roku. Byłaś w drużynie Ani Dąbrowskiej i dotarłaś do ćwierćfinału – jak wspominasz ten czas?

Czasami wydaje mi się, że to było tak dawno temu, że może wcale tego nie było (śmiech – przyp. red.). Mam w sumie mieszane uczucia co do wspomnień o tamtym okresie. To była na pewno super przygoda, bardzo dużo doświadczenia zdobyłam podczas tego programu. O tym, jak w ogóle wyglądają takie produkcje i jak się tam odnaleźć. Sporo technicznej wiedzy o odsłuchach, o graniu na żywo w TV. No i ludzie. Wielu ludzi tam poznałam i to jest dla mnie zawsze najważniejszy element jakichkolwiek wydarzeń. Wyżej wspomnianych konkursów i festiwali również. Natomiast ja nie mam natury sportowca. Mnie rywalizacja totalnie nie kręci. Wręcz myślę, że nawet mi szkodzi i wypadam gorzej. Czuję komfort na scenie gdy w grę wchodzi tylko i wyłącznie śpiewanie. Ta część oceniania i walki z innymi o miejsce psuje wszystko. Dlatego też, jak teraz jeżdżę na konkursy, odrzucam ją w swojej głowie do samego końca, jak najdłużej potrafię. Poza tym śpiewać swoje piosenki to zupełnie inna bajka.

Jak trafiłaś do tego programu?

Jak to często bywa, zwłaszcza gdy coś dzieje się po raz pierwszy, czyli przypadkiem. Byłam akurat tego lata na warsztatach muzycznych w Jaworkach i tam dowiedziałam się, że taki program będzie miał miejsce. Zachęcali to się zgłosiłam (śmiech – przyp. red.).

Czy możesz powiedzieć, że talent show pomógł ci w rozwoju?

Program pomógł mi przede wszystkim w podjęciu decyzji o tym, że chce zacząć pisać piosenki, komponować, czego wcześniej nie robiłam. Że to marzenie o wydaniu własnej muzyki jest naprawdę we mnie ogromne i chcę za nim podążać. Droga była kręta i wyboista, parę zwątpień po drodze się pojawiło, ale finalnie się udało.

Twój debiutancki album już za chwilę trafi do słuchaczy (na 14 listopada zaplanowana jest premiera – przyp. red.). Gdybyś miała opisać jego klimat jednym zdaniem — co by to było?

Zbiór historii i przemyśleń o mnie i otaczającym mnie świecie i o tym jak się w nim odnajduję. A może bardziej nie odnajduję.

Będzie to wyjątkowy projekt oparty na współpracy z wieloma uznanymi producentami. Wśród osób zaangażowanych w powstanie albumu znaleźli się: Robert Cichy, Marcin Bors, Buslav, Marcin Pater czy Mateusz Brzostowski. Jak doszło do tej współpracy? Chyba to wszystko wymagało bardzo długiego czasu?

Już 3 lata mijają od pierwszej współpracy z producentem. Tak na marginesie, doszukałam się właśnie pięknej klamry w tym wszystkim.

Tzn.?

Pierwszym producentem był Robert Cichy. Zrobiliśmy wspólnie piosenkę “Niedobrze”, która będzie teraz singlem promującym cały album. Ale mogę na pewno podsumować tę całą przygodę i wszystkie współprace, jako coś nieocenienie ważnego na drodze do mojej samoświadomości muzycznej. W otwieraniu się i przełamywaniu nieśmiałości. Nabieraniu pewności siebie. To wciąż obszar, który muszę dalej eksplorować, ale jest już o niebo lepiej.

Marcin Bors zmiksował całość zapewniając spójność brzmieniową – bardzo przyjemnie się tego słucha, ciepłe brzmienie bije z głośników. 

Odkąd tylko poznałam Marcina i namacalnie, w postaci wspólnej piosenki, poznałam jego sposób patrzenia na dźwięki i to JAK i co on słyszy, moim cichym marzeniem było, aby to właśnie on miksował cały album. I nie myliłam się, bo oprócz niezaprzeczalnie cudownych miksów, był też ogromną pomocą i wsparciem na różnych etapach. Był momentami takim też rzecznikiem moich piosenek i mojego głosu. Walczył wręcz o pewne rzeczy w miksach tak by np. nic nie przytłoczyło mojego wokalu. Do tego pomógł dokończyć mi produkcyjnie “Hamak” co było w ogóle nieplanowane. Dużo to dla mnie znaczy.

Słuchając twoich piosenek, określiłbym twoją muzykę jako połączenie indie i szlachetnego popu z domieszką alternatywy. Co sprawia, że właśnie w tych gatunkach czujesz się dobrze?

Chyba zwyczajnie wychowałam się na tym wszystkim o czym mówisz. Popu słuchałam w podstawówce totalnie. Team Britney - nie wstydzę się tego (śmiech – przyp. red.). Ale z czasem zaczęli pojawiać się na moich playlistach (gdyby tylko coś takiego wtedy istniało) Turnau, Anna Maria Jopek, Ella Fitzgerald a jak trochę podrosłam to dojrzałam na chwilę do cięższej muzy i słuchałam Dream Theater, System of a Down, czy Audioslave. I jak się dobrze zamieszało w kociołku to powstała we mnie taka oto mieszanka, którą będzie można konsumować już za chwilę na mojej pierwszej w życiu płycie.

Obiło mi się o uszy określenie „blue-pop”.

Tak. Piotrek (Lato – przyp. red.) nazwał tak moją muzykę. Czyli ta emocjonalność, smutek i ból w połączeniu z - jak twierdzi - zabójczymi melodiami, które się w niej pojawiają.

No właśnie. Skoro mowa o Piotrku – jest on producentem twojego albumu, a prywatnie jest twoim partnerem. Jak wygląda Wasza współpraca w studiu? Jam session, czy raczej muzyczny ping-pong pełen twórczych sporów?

Producentem wykonawczym jesteśmy oboje, ja i Piotr. Razem trzymamy pieczę nad tym, w jakim kierunku cały plan zmierza. Od kolejności singli, poprzez mailing do masy ludzi, wybór producentów muzycznych itp. W pewnym sensie oboje jesteśmy też muzycznymi producentami, bo mocno siedzimy w tym procesie powstawania aranżu, gdy jesteśmy w studio u innych producentów.

Wiele osób pamięta Piotrka z pierwszej edycji programu Big Brother. Oglądałaś jego telewizyjne archiwalia? Jak to jest widzieć swojego partnera w takim formacie?

Myślę, że dziś jest to mniej surrealistyczny format niż wtedy. Instagram, TikTok - to wszystko takie małe Big Brothery tylko sami jesteśmy sobie Wielkim Bratem. Wpuszczanie teraz do swojego życia, do codzienności ludzi i pozwalanie im na podglądanie tego co u nas, w mniejszym lub większym stopniu przeszło do porządku dziennego. Przestałam zastanawiać się czy to mi się podoba czy nie, bo jako artystka dzisiejszych czasów, żeby móc dzielić się muzyką muszę choć w najmniejszym stopniu przystać na te “zasady”. Ale wracając do pytania - w 2011 roku miałam 10 lat. Nie byłam chyba wtedy jeszcze zainteresowana oglądaniem tego typu programów. Zaryzykuję nawet stwierdzeniem, że nie za bardzo pewnie rodzice pozwalaliby mi to oglądać (śmiech – przyp. red.) Ale jak patrzę teraz na archiwalne materiały i widzę tego nieśmiałego, słodkiego Piotrunia to mnie rozczula. Zawsze chcę go wtedy mocno przytulić.

Z perspektywy współpracy — co najbardziej cenisz w Piotrku jako producencie? Co wnosi do Twojej muzyki, czego sama może byś nie odważyła się dodać?

Piotrek jest przede wszystkim moją ogromną siłą napędową. Nikt tak chyba nie wierzy w moją muzykę i śpiewanie jak on. Nie tylko z tylnego siedzenia, ale nie raz i nie dwa kieruje tym pojazdem bez ABSu w najtrudniejszych warunkach. Wspaniały z niego kierowca (śmiech – przyp. red.).

Były momenty zwątpienia?

Ja już byłam gotowa wysiąść po drodze wiele razy, ale wtedy on przejmuje stery i pomaga mi przetrwać najtrudniejsze chwile. I niestety to co w Piotrku potrafi denerwować mnie najbardziej, ten jego ogroomny upór, jest często naszym największym zasobem. Żaden dziennikarz czy producent się przed nim nie uchowa. Prędzej czy później “dorwie” każdego (śmiech – przyp. red.). No najlepszym tego przykładem jest współpraca z Borsem, który nie ma telefonu, social mediów, a i tak nie przeszkodziło to Piotrkowi odnaleźć drogi do niego. Do tego ten perfekcjonizm, gdy sprawdza te kilkadziesiąt śladów nagranych do jednej piosenki. Nikt nie wysłyszy tych wszystkich cyków jak on (śmiech – przyp. red.).

Coś jeszcze pomogło wracać na właściwy tor?

Miałam takich momentów sporo w sumie. Właśnie kończę prawie 4 - letnią terapię. Ona była kluczowym elementem do tego, żebym mogła być ze sobą i swoimi piosenkami tu, gdzie jestem teraz. I w pewnym sensie stało się tak, że jedno służyło drugiemu. Terapia pomagała płycie, płyta terapii. Poleca się często, żeby w trudnych sytuacjach spisywać myśli, wyrzucać je na papier. Tu pewnie działało to podobnie, jakaś forma wypowiedzenia na głos trudnych tematów, pozwala się odrobinę z nich oczyścić. No i do tego dokładając przeogromne wsparcie Piotrka i rodziny - mamy pełen sukces - nie zboczyłam z kursu na tyle, by stracić cel z oczu i udało mi się do niego dobiec.

Wróćmy do albumu. Pierwszym utworem promującym płytę był singiel „Most”, który spotkał się z pozytywnym odbiorem.

Pierwszy singiel - pierwsza autorska rzecz jaką wypuściłam świat - totalny stresik. Pozytywny odbiór to bezapelacyjnie największa nagroda za całą tę kilkuletnią pracę.

Kolejnym singlem był „Letarg”. Swoisty opis walki z zagubieniem, bezsilnością i potrzebie zmiany. Otwiera on również nowy album – tekstowo nie jest wesoło od początku.

No cóż zrobić Wojtku, jak życie takie trudne (śmiech – przyp. red.). Może im więcej o tym będę pisać, tym mniej we mnie tego zostanie. Natomiast postanowiłam dla równowagi zakończyć album utworem “Leć”, który ma w sobie odrobinę światełka i nadziei.

No właśnie, słuchając twojej płyty wcześniej, moją uwagę zwrócił właśnie otwierający „Letarg”, a także „Hamak” i „Tańcz Tańcz”. Chyba można zaryzykować stwierdzenie, że tekstowo mają one w sobie raczej smutniejsze chwile, ale jednak takie, w których przebijają finalnie jakieś promienie słońca.     

Ja się za tymi promieniami rozglądam bez przerwy - o to ta cała walka. Żeby widzieć i cieszyć się nimi jak najwięcej. Jeśli wyłoniła ci się podczas słuchania tych numerów taka właśnie refleksja, to jak najbardziej trafnie.

A skąd wziął się pomysł na „Tańcz Tańcz”?

Ten utwór był początkowo uroczą balladą. Taka przynajmniej była wersja demo. Ja i pianino. Natomiast Piotrek Pluta, producent tego utworu postanowił, go trochę ożywić – w ogóle on ma z reguły smykałkę do hitów. Powstał wspaniały kontrast pomiędzy trudnym w swej historii tekstem, a bardzo dynamiczną, żywiołową, taneczną wręcz aranżacją. Na początku trochę bałam się tego pomysłu, czy to takie nie za bardzo “popowe”, ale potem przypomniałam sobie, że ja się przecież popu wcale nie boję (śmiech – przyp. red.).  

Ostatnim singlem, jaki planujesz, ma być „Niedobrze”.

To jeden z niewielu na tej płycie utworów o relacjach miłosnych. Żeby nie powiedzieć “o miłości”. W tym przypadku o nieszczęśliwej. To taki moment w relacji, gdzie miarka się przebrała, totalne zmęczenie i wypalenie pomaga podjąć decyzję o końcu i odcięciu się od tego, co już od dawna nie służy. To tekstowo. Muzycznie zaś, duużo gitar. Robert Cichy, który produkował ten utwór, nie mógłby inaczej tego rozegrać. Lubię mówić o tym numerze, że pasowałby jako piosenka do filmu o Jamesie Bondzie. Napisałam go na samym ukulele i do tej pory jest to jedna z moich ulubionych demówek jakie napisałam.

Jak wyglądał proces tworzenia płyty — spontaniczne sesje z gitarą czy raczej poważny plan, notatnik i sztywne deadline’y w kalendarzu?

I tak i tak. Czasem spontaniczne spotkanie z instrumentem dawało pomysł na melodie z tekstem w dwie godziny, a czasem, jak w przypadku “Leć” tekst powstawał rok. Nigdy nie wiesz, więc warto nie przestawać działać bez względu na to czy to “strumień świadomości” czy mozolna, cierpliwa dłubanina z notesem zaprowadzi na finish piosenki. Ja tak sobie czasem myślę, że ta wena, co to tak nachodzi znikąd, to właśnie efekt tych wszystkich momentów, które poświęca się na komponowanie. Tych, co się trzeba trochę namęczyć zanim będzie się zadowolonym z efektu. Jednym słowem – trening. A deadline’y - gdyby nie one to ja bym nic nie zrobiła (śmiech – przyp. red.). Jak to człowiek z ADHD, adrenalina spowodowana sprawami “na wczoraj” pomaga mi trzeźwo myśleć i jest nieocenionym motywatorem.

Twoje teksty brzmią autentycznie. We wcześniejszej rozmowie z tobą wspominałem, że mają dla mnie nawet nieco pamiętnikowy charakter. Ile Karoliny jest w „Obrazkach z letargu”?

Rzeczywiście, ta płyta jest pewnego rodzaju pamiętnikiem. Ale to tylko dziewięć piosenek, ile ja tam mogłam Karoliny zmieścić? Mały procencik zaledwie. Mam jeszcze sporo do opowiedzenia!

Coraz więcej polskich artystów ucieka od mainstreamu w stronę indie i alternatywy. Jak myślisz — czego szukają dziś słuchacze w muzyce?

Mam nadzieję, że prawdy. Bardzo staram się niczego nie udawać, nie kreować na siłę. I sporo jednak odwagi i pracy nad sobą kosztowało mnie podzielenie się tymi moimi “Obrazkami” ze światem. Wbrew temu, co powiedziałam wcześniej - może to i mały procent ze mnie, ale bardzo delikatny i kruchy. Nie jest to wcale łatwe przełamać się, by oddać innym, nawet w piosenkach, taki fragment siebie.

Jeśli mogłabyś zaprosić do duetu dowolnego artystę – z Polski lub ze świata – kto byłby Twoim wymarzonym współpracownikiem i dlaczego?

Pierwszy na myśl przyszedł mi Stanisław Soyka…To był artysta, którego śpiewanie nie mogło mnie nie poruszyć. Byłam kilkukrotnie na jego koncertach i zawsze przenosiłam się w magiczne miejsce dzięki jego muzyce. A gdybym miała szukać, wśród żyjących artystów, to przychodzi mi do głowy odpowiedź, która mnie samą zaskoczyła właśnie. Marzyłabym napisać numer i zaśpiewać z rodzeństwem Finneasem O’Connellem i Billie Eilish. Jakie te ich piosenki są ładne. Zdolne “dzieciaki”.

Czy już myślisz o koncertach? Jak chciałabyś, żeby wyglądała sceniczna odsłona nowego albumu — intymnie, akustycznie, a może z pełnym zespołem? Masz już jakieś terminy?

Ostatnio o niczym innym nie myślę, jak o tym żeby grać swoje piosenki jak najwięcej i jak najczęściej. Budujemy powoli zespół - na razie zmierza on w stronę akustycznego grania, ale nie tylko my we dwoje z Piotrkiem, ale też pianino, cajon, druga gitara, bas i chórki. Taki skład mi się marzy i taki będziemy próbować zaprezentować na najbliższym koncercie, czyli 2 - ego grudnia w Food Town w Fabryce Norblina w Warszawie. Jest to cykl koncertów o nazwie Piosenka Premiera i już nie mogę się doczekać. Zapraszam serdecznie!

Wielkie dzięki za rozmowę!

Również bardzo dziękuję!

 

Rozmawiał: Wojciech Markowski 

https://www.electrolite-wm.com/ 
www.instagram.com/electrolite.wm
https://www.facebook.com/electrolite.wm

 

 

Nieznany

electrolite.wm@gmail.com 

 

Muzyczna 15

Warszawa, 00-001

Kontakt

Menu

Śledź nas

A website created in the WebWave website builder