Są zespołem z doświadczeniem i przy pomyślnych wiatrach mogą narobić na rynku sporo nomen omen hałasu. Od pierwszych dźwięków słychać, że o coś im chodzi. Ich wydany w kwietniu debiutancki album „Nomen Omen – Fobia” niedługo doczeka się u nas recenzji. Tymczasem w rozmowie przybliżyli nam historie powstawania płyty, kompozycji jak i zbiorczo przypomnieli historię samego zespołu. Na pytania odpowiadali Bogusz Chmielewski, Kuba Malinowski, Przemysław Wachowski oraz Damian Dąbrowski.
Wasza muzyka brzmi jak przygotowanie do ostatecznego rozrachunku – z rzeczywistością, z ludźmi, a może i z samymi sobą. Skąd ten nerw Panowie?
To nie tylko nerw, ale cała plejada różnych, często skrajnych emocji. Ta muzyka opowiada o walce z własną psychiką. Każdy numer naładowaliśmy gniewem i agresją, jak i niestety traumatyczną rozpaczą. To nie zamierzony, tylko naturalny efekt. Fobia opowiada o realnych przeżyciach człowieka z problemami nerwicy lękowej. Jest rzewnie, wściekle, ale przede wszystkim prawdziwie. Przekaz mówiący o lęku z pierwszej ręki od osoby od wielu lat żyjącej z tym problemem.
Nie jesteście debiutantami. Spotkaliście się już wcześniej na różnych etapach swoich karier?
Fobia to grupka dobrych znajomych, którzy nadają na jednej fali, mimo różnorodnych zainteresowań muzycznych i „pochodzenia”. Przed powstaniem projektu Bogusz (wokalista – przyp. red.) wraz z Przemkiem Wachowskim (gitarzysta – przyp. red.) tworzyli punkowo-alternatywną kapelę Skakanka w Pile. Mieli wtedy spore wsparcie w postaci Przemka „Dzwonka” Niezgódzkiego – aktualnego gitarzysty zespołu Turbo. Reszta chłopaków to już Gdańsk.
Mają też swoje zespoły.
Tak. Damian Dąbrowski i Kuba Malinowski mają swoje własne projekty muzyczne, Kuba przy okazji jest właścicielem własnego studio Lunar Sounds. Ten człowiek to profesjonalizm w każdym calu. Krystian jest absolwentem konserwatorium i nauczycielem gry na perce w szkole muzycznej Straż Rytmiczna – pochodzi z Rzeszowa - nie jesteśmy w stanie zliczyć projektów, w których uczestniczył.
Czyli był czas nieco się poznać?
Zdecydowanie. Mieliśmy okazję latami osłuchać się ze sobą i własną twórczością. Każdy z nas ma doświadczenie sceniczne, co fantastycznie działa na koncertach. Z naszej perspektywy koncert Fobii to zastrzyk profesjonalnie granej muzy z bardzo emocjonalnym przekazem.
Czy od początku istniał wspólny muzyczny mianownik, czy dochodziliście do wszystkiego stopniowo, ścierając się między rockiem alternatywnym a post-metalem?
Płyta „Nomen Omen – Fobia” to dopiero początek. Przedstawia nas w rockowo-metalowej formie i faktycznie to muza, w której czujemy się bardzo dobrze. Ta płyta nie ukazuje zapewne wszystkich naszych muzycznych pragnień, ale każdemu z nas ten alternatywny mocny akcent bardzo pasuje.
Nie ograniczacie się do 100% łojenia. Na płycie nie wszędzie jest ostro.
Ten album potrafi meandrować od bardzo silnych gitar przez momenty niezwykle spokojne. Fobia jest tym projektem, w którym możemy „odpiąć wrotki”. To mocna muza z ogromną ilością melodii. Mamy w głowach jeszcze parę pomysłów, ale nie będziemy zdradzać szczegółowych planów. Na tę chwilę Nomen Omen jest doskonałą formą powitania słuchaczy.
Jak już wspominaliście, wasz debiut to koncept-album o walce z nerwicą lękową i fobią. Czy ta historia jest osobista, czy raczej uniwersalna?
Jedno i drugie. Jest to opowieść człowieka zmagającego się z nerwicą lękową, więc emocje są przepuszczone przez jego wrażliwość i doświadczenia. Z tego względu Fobia jest autentyczna i każdy, kto miał do czynienia z podobnym problemem utożsami się z treścią naszego przekazu.
Element edukacyjny?
Zależy nam na tym aby walczyć z tabu, mówić wprost o kondycji psychicznej, o problemach, które dotykają szerokiego grona osób i które czasem trudno ubrać w proste słowa. Łatwo jest utożsamić się z podmiotem lirycznym w tekstach, gdy mówi on szczerze i surowo o tym co przeżywa. Fobia to także forma terapii dla nas samych jako artystów, grając te utwory przeżywamy je bardzo silnie i nie mówimy tu tylko o graniu koncertowym.
Gdzie Waszym zdaniem przebiega granica między jednym a drugim?
W tym przypadku jedno wynika z drugiego. Osobisty przekaz jest bardziej przyswajalny. To niczym oglądanie filmu i utożsamianie się z głównym bohaterem. Problem jest niezwykle ważny, aktualny i nadal niewystarczająco zadbany. Nasz przekaz to nie tylko utwory nad którymi warto się zastanowić. Postaraliśmy się także o warstwę wizualną jak i bonus w postaci monologów wygłaszanych podczas koncertów.
Wasza warstwa tekstowa unika dosłowności i publicystycznych uproszczeń. Świadomie?
Fobia zrodziła się na fotelu u psychologa. To długo dojrzewający projekt, który na początku był opowiadaniem, w którym Fobia ubrana w ludzkie cechy stanowiła głównego antagonistę. Pomysł na zespół w oparciu opowiadania nakreślił ten poetycki kierunek. Tak, Fobia nie jest pisana dosłownym językiem. To jeszcze bardziej pozwala słuchaczom odpłynąć w wyobraźnię. Tancerka cienia nie jest opisana w sposób dosłowny, pozwalamy na to by odbiorca sam w ciężarach naszej muzyki wyobraził sobie tę postać.
Najpierw powstały teksty czy muzyka?
Najpierw teksty, i koncept każdego utworu. Warstwa dźwiękowa każdego numeru była ubrana pod tekst. Tu historię opowiada wszystko. Tak więc Omen jest utworem wręcz „apokaliptycznym”. Nie na miejscu to wstęp do albumu, który trochę niewinnie przedstawia nam młodszego człowieka, który nie do końca akceptuje środowisko, w którym przyszło mu funkcjonować. Muza w jego przypadku jest nieco „prostsza”, jeśli tak można to nazwać. Mamy nadzieję, że udało nam się to oddać. Bardzo nam na tym zależało.
Jakie zespoły lub artyści mieli największy wpływ na Wasze brzmienie? Już w pierwszym, tytułowym numerze słyszę niejako lekkie patenty Jerry’ego i Illusion, a w numerze Nierealny Raj słyszę natomiast Huntera.
Mamy wrażenie, że to pytanie pada bardzo często, trudno jest nam jednak na nie odpowiedzieć. Fobia to projekt, w którym nikt się niczym konkretnym nie wzorował. Mamy zapewne swoich ulubionych twórców. Jest ich bardzo wielu. Jeśli w naszej muzie słychać jakieś wyraźne podobieństwa, są one raczej dziełem przypadku. Być może zasłyszany zaśpiew bądź podobny riff. Dopiero po wydaniu albumu zostaliśmy porównani do Huntera czy Illusion, co jest dla nas niewątpliwie wyróżnieniem, ale nikt z nas nie starał się uderzać w podobne „akordy”.
O. Czyli moje skojarzenia nie były nowatorskie (śmiech – przyp. red.)
Zostawiamy Fobię do klasyfikowania słuchaczom a my raczej będziemy uparcie mówić, że gramy po prostu swoje. Dobrze jest jednak być stawianym na półce z tymi dużymi i znaczącymi kapelami. Zrobił to nawet redaktor miesięcznika Teraz Rock co bardzo pozytywnie nas nakręca.
Jednym z najciekawszych dla mnie numerów na płycie jest Meduza – nie najszybszy, ale dobrze operujący zmianami tempa, skrojony zarówno pod kątem koncertowym jak i radiowym. Są klimatyczne zwolnienie, wpuszczenie powietrza, a gdzie trzeba jest i do pieca.
Meduza doczekała się także małego videoclipu. Podkreślamy „małego” ponieważ też nie chcieliśmy zaburzać odbioru ukazywanym przez nas obrazem. To faktycznie ciekawy numer, pierwszy oficjalny singiel i utwór o bardzo głębokim przekazie. Bez względu na interpretacje mitologii, Meduza jest uniwersalnym symbolem ofiary, krzywdy i niesprawiedliwej oceny. Symbolizuje też siłę, dając ludziom wiarę we własne poczucie sprawczości. To także jedyny utwór, który otrzymał od nas solówkę. Kuba zrobił świetną robotę. „Meduza” brzmi i daje do myślenia.
W Insomnia doświadczymy nawet elementów rapowanych, skąd wziął się ten pomysł?
Insomnia to kolejny bardzo symboliczny utwór. Jego początek opowiada o marzeniach sennych uderzając w słynny motyw ucieczki w śnie. Koszmary senne w nerwicach są częstym zjawiskiem. Rapowana część utworu symbolizuje przejaw Fobii w bardzo szybkim wyrwaniu ze snu. Fobia, która potrafi odebrać wszystko co udało się do tej pory osiągnąć. Ten „rapowy element” wydawał się być inny, nieco wyjęty z całego kontekstu płyty. Ot odrealnienie i chwilowa wycieczka w inny wymiar.
W zamykającym Efemeryda następuje prawdziwa muzyczna rewolucja i zmiana klimatu całości o 180 stopni – Boguszu – to już normalnie piękna piosenka i poezja śpiewana.
Efemeryda oznacza tu odrodzenie. To fragment utworu W imię Twoje, który zasłużył na ten swój osobisty akcent w postaci wyróżnienia i własnej nazwy na płycie. W utworze słyszymy klawiszowy podkład koleżanki Ani Jopek (Ania niedawno otrzymała nominację do Fryderyka). Ten podkład robi tu niesamowitą robotę. Ten utwór był trochę wyjściem ze strefy swojego krzyczanego komfortu, ale bardzo dobrą lekcją, która pozwala uwierzyć w siebie i moc własnego wokalu. Kto wie, może Fobia zaskoczy w ten sposób na swojej drodze w jeszcze większej skali. Mamy wrażenie, że cała ta płyta jest trochę poezją śpiewaną. Choć miejscami ten śpiew przeradza się w całkiem histeryczny krzyk. Taka właśnie jest nasza Fobia.
Jeśli „Nomen Omen – Fobia” jest opowieścią o walce, to czy widzicie jej ciąg dalszy? Wspominaliście, że to tak naprawdę początek? Czyli co – kolejny rozdział tej historii?
Jak najbardziej. „Nomen Omen” to początek cyklu. Fobia chciałaby przeprowadzić słuchaczy przez wiele interesujących miejsc. To projekt, który od samego początku w planach miał płytową trylogię. Także sporo jeszcze przed nami. Postaramy się wytrwale do tego dążyć. Pojawiły się także nowe pomysły. Mamy przed sobą sporo pracy. Chcielibyśmy grać więcej koncertów, tu akurat podchodzimy do tematu spokojniej. Możemy śmiało zapewnić, że nowy materiał się tworzy.
Rozmawiał: Wojciech Markowski
https://www.electrolite-wm.com/
Nieznany
electrolite.wm@gmail.com
Muzyczna 15
Warszawa, 00-001