Kiedy mówimy o legendach polskiej sceny art-rockowej, nazwa Ankh pojawia się niemal automatycznie. To zespół, który od blisko 35 lat łączy mocne gitarowe brzmienie z niepowtarzalnym dźwiękiem skrzypiec, konsekwentnie wymykając się gatunkowym szufladkom. Z naszej rozmowy wyłania się obraz artystów dojrzałych, świadomych, ale i nieco rozczarowanych kondycją rodzimej sceny muzycznej — pełnej pośpiechu, kalkulacji i krótkotrwałych mód. A jednak, mimo tej goryczy, w słowach muzyków słychać pasję i niegasnącą potrzebę tworzenia. Ankh nie tylko wraca do gry, ale robi to z rozmachem, nową energią i przekonaniem, że ma jeszcze wiele do powiedzenia. My cieszymy się z tego powrotu ogromnie — bo jeśli ktoś potrafi udowodnić, że rock progresywny w Polsce wciąż może brzmieć świeżo i z charakterem, to właśnie oni.
Zapraszamy do wywiadu specjalnie dla naszego Portalu z Piotrem Krzemińskim, liderem i głównym kompozytorem grupy, Joanną Chudybą, której skrzypce od lat stanowią znak rozpoznawczy ANKH, oraz Jankiem Rusinem, odpowiedzialnym za perkusyjną energię zespołu.
Witam serdecznie art-rockowe scyzoryki!
(Piotr, Joanna, Janek) Witamy serdecznie!
Usłyszałem, kiedyś stwierdzenie, że jesteście chyba najbardziej znanym kieleckim zespołem rockowym. Zgadzacie się z tym?
(P) Tak. Chyba tak jest?
Nie uwierzycie. Tak sobie analizowałem, kiedy was ostatnio widziałem i wyszło, że było to jakieś 20 lat temu w powiecie hrubieszowskim, w miejscowości Mircze, w której przebywałem wówczas kilka dni. Gdy zobaczyłem na plakacie, że będziecie nie mogłem odpuścić i przyszedłem. Koncert świetny, ale było to mocno surrealistyczne doznanie. Pamiętacie w ogóle to wydarzenie?
(P) Bardzo dobrze pamiętamy to wydarzenie. Często nawet je wspominamy z uśmiechem. Kiedy wjechaliśmy na teren festynu (tak jak mówisz - to był koncert w plenerze), naszym oczom ukazał się tłum ludzi oraz plac pod sceną, na którym stała ławeczka do ćwiczeń siłowych ze sztangą z betonowymi, dużymi obciążnikami. Dookoła stała liczna grupa młodych mężczyzn rozebranych od pasa w górę z otwartymi butelkami wódki w dłoniach. Jeden „wyciskał” na ławeczce betonowy, absurdalny ciężar, a reszta kręgu pijanych, roznegliżowanych facetów darła się wymachując pięściami „dawaj kurwa, dawaj”! Pomyśleliśmy - nie jest dobrze. Potem w trakcie koncertu zaczęło robić się nerwowo. Tak zwane „karki” zaczęły się wić agresywnie pod sceną fukając pomiędzy utworami. W pewnym momencie stojący pomiędzy nimi drobny, pijaniutki facecik spojrzał mi w przerwie między utworami w oczy i rzekł – Słuchaj jak nie umiesz grać na gitarze, to nie graj - Mówił spokojnym nauczycielskim głosem. Wziąłem tę uwagę do serca i zacząłem więcej ćwiczyć (śmiech). Do tej pory ta maksyma nam towarzyszy w żartach. Na przykład kiedy Janek zagra ekstra solo na bębnach to mówię do niego „Janek jak nie umiesz grać na bębnach, to nie graj” (śmiech – przyp. red.) Ludność oczekiwała już na koncert disco polowej gwiazdy festynowej, a tu nasze filozoficzne wynurzenia i niepokojące brzmienie. No cóż... wszystko skończyło się dobrze. Skróciliśmy jednak trochę koncert. Poszliśmy z ludnością na kompromis. Oczywiście wśród tego agresywnego i pijanego tłumu byli nasi fani, czyli Ci trzeźwi, którzy nas zapraszali, czyli rockowa młodzież. Pozdrawiamy ich i naprawdę fajnie, że ty też tam byłeś. Generalnie ciekawe wspomnienie i doświadczenie. To była niepowtarzalna atmosfera. Na szczęście chyba już takie festyny się nie zdarzają w obecnej Polsce.
Raczej nie bywam, ale zaryzykuję, że chyba nie jest to estetyka wymarła. Przywołałem to wspomnienie bo jakoś później słuch o was zaginął, rzadko udzielaliście się w mediach, koncerty też były sporadyczne, aż trudno uwierzyć biorąc pod uwagę wasze wcześniejsze aktywności, setki koncertów zagranych w Polsce i za granicą...
(P) Ankh działa nieustająco od 1991. Owszem nie było o nas słychać przez jakiś okres, gdyż zajęliśmy się trochę tzw. „prozą życia” trochę innymi projektami muzycznymi. Owszem graliśmy nie za wiele koncertów, ale funkcjonowaliśmy. Z perspektywy czasu szkoda, że nie było u nas większego ruchu w przez te kilka lat, no ale cóż, widać tak miało być.
Kiedyś usłyszałem mądre stwierdzenie, że proza życia to nie brak marzeń — to sprawdzian, czy potrafimy marzyć mimo wszystko...Chciałbym na początku cofnąć się jednak jeszcze nieco do przeszłości bo wasz zespół, jego wkład w polską muzykę i w ogóle ciekawa historia samej działalności zasługuje na omówienie zwłaszcza dla młodszych, rockowych słuchaczy, którzy może i kojarzą charakterystyczne logo, ale nie mieli okazji dowiedzieć się o was więcej. Nie macie nic przeciwko?
(P) Oczywiście nie mamy nic przeciwko. Historia to bardzo ważna dziedzina naukowa, dzięki niej dowiadujemy się skąd jesteśmy, skąd nasza tożsamość i tak dalej (uśmiech – przyp. red.)
Okres waszej największej popularności to lata 90-te czyli bardzo dobry czas dla rocka w naszym kraju. Graliście między innymi w Jarocinie w 1993 roku gdzie otrzymaliście niemal całą pulę nagród w tym nagrodę publiczności oraz kontrakt na nagranie płyty. Jak wspominacie swoje pierwsze doświadczenia w studio?
(P) Jarocin 1993 był dla nas trampoliną do stania się znanymi w przestrzeni muzyki rockowej w naszym kraju. Nasze pierwsze doświadczenia pracy w studio nagraniowym miały miejsce jeszcze w Kielcach przed Jarocinem. Otrzymaliśmy jako nagrodę, zdobytą w lokalnym konkursie młodych talentów, sesję nagraniową w studio Polskiego Radia Kielce. Zarejestrowaliśmy wówczas demo, dzięki któremu dostaliśmy się na festiwal do Jarocina. W tamtych czasach nie łatwo było nagrać sobie profesjonalne nagranie. To były zupełnie inne czasy jeśli chodzi o technologię nagrywania muzyki. Pierwszego dnia nagrań Pan realizator traktował nas jak amatorskie, rockowe, młodociane pomioty, kojarzące się dla niego ze stratą czasu. Wytworzył nieprzyjemną, stresującą atmosferę. A że, była to osoba charyzmatyczna, to negatywnie na nas młodych muzyków zadziałało. Na koniec sesji, kiedy utwory mu nieznane nabrały barw i aranżu, zmienił zdanie, zaangażował się, ale dla mnie było już za późno. Nigdy nie lubiłem od tej pory pracy w studio. Ta trauma, choć „bezzębna” pozostawiła ślady w głowie. Zdecydowanie wolę koncerty. Nagrywanie traktuję jako niezbędną konieczność. Jako ciekawostkę zaznaczę, że Ankh jako pierwszy zespół w Polsce dokonała pełnego nagrania cyfrowego, czyli płytę „...Będzie tajemnicą”, która została nagrana w całości cyfrowo bez użycia magnetofonów wielośladowych „na komputer”. Był rok 1998 i tylko Polskie Radio „Kraków” dysponowało takimi możliwościami. Tam nagrywaliśmy. Realizatorzy uczyli się jak wykorzystywać nową i bardzo drogą na ówczesne czasy technologię. To już historia. Dziś wystarczy dobry laptop, ale to temat na inną rozmowę.
Wasze pierwsze płyty stoją obecnie na znanych portalach w astronomicznych kwotach. Wnioskuje, że tradycyjnie chodzi o prawa do materiału? Planujecie kolejne reedycje?
(P) Tak. Związane to jest z odtworzeniem praw wydawniczych i tak dalej. Zobaczymy, może to zrobimy? Typowe sprawy marketingowe wchodzą tu w grę, czyli akcja i reakcja kupno-sprzedaż. Umowy, umófki, umófucki...
Mieliście ciekawe doświadczenia z Przystankiem Woodstock – graliście tam aż 8 razy łącznie z pierwszą edycją w 1995 w Czymanowie. Byliście również dwukrotnymi laureatami Złotego Bączka co do dzisiaj nie zdarza się często. Jak wspominacie woodstockowe doświadczenie?
(P) To było bardzo miłe w tamtych czasach grać na koncertach WOŚP. Jak dla mnie niestety, teraz to zupełnie inna impreza. Nie ma wiele wspólnego z tzw. „rockową wolnością”. To teraz komercyjny festiwal, tyle że za darmo dla ludności. Bardziej działanie socjotechniczne, polityczne niż społeczno-muzyczne. Nie wiem co propaguje teraz Pol’and’Rock? Na pewno coś innego niż „Przystanek Woodstock” w latach 90 - tych i na przełomie XXI wieku.
Obserwujecie obecne edycje?
(P) Kilka lat temu staraliśmy się dostać i zagrać, bez koneksji w uczciwy sposób, startując jak inne kapele w konkursie. Dostaliśmy się do pół finału. Graliśmy koncert półfinałowy w Poznaniu. Niestety nie dostaliśmy się dalej. Rozumiesz – Ankh - zespół który dostał dwa „Złote Bączki” był headlinerem na kilku Przystankach Woodstock? Nie komentuję dalej...Rozumiesz. Nie jestem rozczarowany, taki jest rynek muzyczny. Koncertów nie śledzę, wiem jak tam jest...Aha, pojechaliśmy z synem i żoną na koncert mojego ukochanego Living Colour do Kostrzyna. Byłem na ich sześciu koncertach w Polsce. A tam? Nie podobało mi się, ani pod scena ani na scenie. Koncert musiał się skończyć za nim wszedł w kluczowy energetycznie moment - kto oglądał ich na żywo wie o czym mówię. Okropna ilość śmieci i nieciekawy zapach ...a może to ja po prostu się postarzałem? (śmiech – przyp. red.)
Ale zdajecie sobie sprawę, że wasza nuta stanowiła dla wielu niejako ścieżkę dźwiękową tych pierwszych przystanków? Nawet jak nie graliście akurat na scenie, to niejednokrotnie z pola namiotowego można było usłyszeć „Wiarę”, którą uważam za jedną z waszych najlepszych wizytówek. Ma w sobie surowość, klimat, ale też pewnego rodzaju pozytywne wibracje.
(P) Cieszy nas, że tak było, ale jak widać Ankh na współczesnych Pol’and’Rock-ach nie jest już potrzebny.
Czyli raczej definitywnie nie zgłosicie swojej kandydatury ponownie?
(P) Biorąc pod uwagę wspomniane wyżej doświadczenia konkursowe...Nie mówię, że nie zagramy tam, ale na pewno nie będziemy starować już w żadnych konkursach, nie tylko tam. Muzyka to nie sport. Walkę na muzycznym ringu pozostawiamy młodzieży. Mówię to, w imieniu grupy, ze świadomością jak dużo ANKH właśnie konkursom w swej historii zawdzięcza. Ale tak
naprawdę broniła się wówczas sama muzyka. Na początku lat 90 tych było w Polsce inaczej, może więcej anarchii, ale i więcej wolności i wiary w ideę sprawiedliwego lepszego świata rodzącego się z ruin PRL-u. Teraz liczy się tylko zysk.
Byliście jednym z pierwszym polskich zespołów łączącym w tak dużym stopniu rocka progresywnego z elementami muzyki poważnej. Skrzypce były i wciąż są waszym znakiem rozpoznawczym. Pierwsze płyty czyli debiut oraz druga „Ziemia i Słońce” to już dziś klasyczne, rodzime, klimatyczne pozycje. Co was w ogóle zainspirowało do takich stylistycznych, gatunkowych fuzji?
(P) Lubimy różne rzeczy w muzyce. Nie ograniczamy się jako słuchacze do konkretnego stylu, stąd też ten eklektyzm w naszej twórczości. Jak widać są melomani, którzy lubią kiedy zespół jest różnobarwny. To tzw. „ankowskie” brzmienie i styl przyszły do nas naturalnie z energii istnienia i mocy Ducha w Działaniu.
W swoich utworach wykorzystywaliście również wiersze innych autorów, w tym Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Co was do tego skłoniło? Pokazaliście, że są one melodyjne a czasem wręcz piosenkowe.
(P) Poezja K.K. Baczyńskiego to znakomite treści do twórczości rockowej. W czasach kiedy żył Baczyński - poeta był oudsiderem, podobnie jak dziś rockmen. Kto to widział poeta, rockman, co to w ogóle jest? (śmiech – przyp. red.) Od czasu szkoły średniej jestem zafascynowany poezją Baczyńskiego. Naturalnie jego wiersze weszły do naszych tekstów. Pasują „jak ulał” do dyskusji na temat sensu istnienia.
Pamiętam, że jak wychodził album „…będzie tajemnicą” nastąpiły zmiany w składzie, ale i tak nie traciliście impetu - koncertowaliście m.in. z dwoma zestawami perkusyjnymi. Czyj to był pomysł?
(P) W zespole pojawiło się dwóch bębniarzy. Andrzej Rajski i Adam Rain. Obaj grali na sesji „...Będzie tajemnicą”. Zatem koncerty też zaczęliśmy grać w aranżacji na dwa zestawy. Ciekawe doświadczenie. W tamtych czasach lubiliśmy eksperymentować. Może jeszcze kiedyś do tego wrócimy? Kto wie? Pomysł przyszedł naturalnie. Wiesz, wspólne rozmowy o własnej twórczości burza koncepcji, potem coś z tego się realizuje, urzeczywistnia w działaniu tu i teraz...
Po dłuższej przerwie, wydaliście album „Tu jest i tam jest”, na który składają się utwory zarejestrowane na przestrzeni lat 2004-2017. W promującym go m.in. wideoklipie „Nie okłamuj” w dalszym ciągu rozwijaliście swój styl, pojawiły się echa muzycznej psychodeliki oraz alternatywy. Mylę się, czy mam wrażenie, że dość boleśnie piętnowaliście aktualną wówczas sytuację epidemiologiczną?
(P) Ciekawe jest to, że ten klip powstał przed covidem. Wyprzedziliśmy czas?! Utwór opowiada w zasadzie o tym, że nawet najmniejsze kłamstwa mogą spowodować życiową lawinę nie do zatrzymania, a człowiek ma taka przypadłość, że może sam siebie okłamać, potem o tym zapomni i myśli, że to prawda. Bardzo lubimy zarówno ten klip jak i utwór.
Joanno i Janku – wiem, że poza graniem w ANKH macie również swój udział w tworzeniu teledysków. Dwa lata temu album „Z wiatrem” promowały klipy do "Ciało i Wino", „Pieśń o szukaniu”, tytułowego oraz mój ulubiony „Nic nie wiem”. Świetna robota.
(A i J) Bardzo dziękujemy, cieszymy się, że się podobają. Teledyski, które produkujemy dla ANKH to zawsze jest takie nasze „oczko w głowie”, staramy się, żeby obrazy do utworów ankh’owych poszerzały przekaz warstwy lirycznej, żeby nie były po prostu „ilustracją”, ale kolejną warstwą w odbiorze muzyki. Jeśli muzyka i obraz się dopełniają i oddziałują na siebie to może wystąpić zjawisko ponownego przeżywania utworu, odkrywania go niejako „na nowo” lub zupełnie inaczej niż przed obejrzeniem klipu. Słuchając muzyki odbiorca wkracza w jeden świat, a słuchając i oglądając przechodzi do kolejnego lub bardziej eksploruje ten pierwszy. Jeśli to się dzieje i faktycznie ktoś odnajduje po obejrzeniu teledysku, nazwijmy to: „dopełnienie” lub „rozszerzenie” rozumienia sensu utworu to jest to dla nas znak, że udała nam się synteza muzyki i obrazu.
Zwłaszcza ten ostatni bardzo mi się podoba, również ze względu na dystans i nieco ironiczny wydźwięk – z jednej strony sen o sławie, gwiazdorce i scenie, z drugiej przysłowiowy „smród życia” czyli żywot zamiatacza ulic i śmieciarza. Skąd takie gorzkie refleksje?
(P) To też opowieść o rozczarowaniu tzw. sceną muzyczną i gorzka refleksja o upadku marzeń. Taka jest nasza kultura, drapieżna i gorzka. Młodzieńczy zryw, odwaga i radość ulega „dorosłemu”, tzw. dojrzałemu kompromisowi z rzeczywistością...
(A i J) Wydźwięk teledysku do numeru „Nic Nie Wiem” to z jednej strony ukazanie w przerysowany sposób batalii, którą chyba każdy twórca niezależny w naszym kraju musi podejmować. W tym obrazie jest sporo symboli, odniesień uniwersalnych, ale też osobistych. Nie odnosi się tylko do ścierania się ze sobą marzeń i prozy życia, jest tam zawartych kilka tropów, które mogą prowadzić do ciekawych wniosków. Pole do poszukiwań i interpretacji pozostawiamy otwarte.
Pojawiały się głosy, że tytuł płyty „Z wiatrem” jest trafiony – gracie muzykę spokojniejszą i bardziej wyważoną w przeciwieństwie do waszych początków co nie podobało się starszym słuchaczom, nowi zaś mogli nie znaleźć w niej dla siebie miejsca, bo po raz kolejny nie kłanialiście się przebojom. Nie do końca się z tym zgadzałem – singlowe numery miały nieco nutki przeszłości, ale prawdą jest, że słychać już było tu świadomy, dojrzały zespół. Jak podchodzicie do procesu nagrywania i tworzenia?
(P) W swojej twórczości zawsze staraliśmy robić tak aby, jak to mówi przysłowie, „nie wchodzić dwa razy do tej samej rzeki”. Liczymy na taką świadomość fanów i zrozumienie naszego podejścia do muzyki. Tak jak mówiłem już wcześniej, interesuje nas wiele gatunków muzycznych. Muzyka jest interesująca lub nieinteresująca. Oczywiście istnieją stany pośrednie. Nie ma stylów lepszych czy gorszych. Samo ułożenie dźwięku z chaosu w strukturę jest wartością. Rodzi się pytanie czy pustka jest przestrzenią? Ankh zawsze starał się nie być „pod publiczkę” tylko grać to, co w danym okresie czasoprzestrzeni brzmiało w naszych sercach. Dlatego też płyty są różne. „Z wiatrem” to album, który pokazuje jak w czasie zmieniało się nasze podejście do dźwięku i filozofii grania. Jak zmieniały się na przestrzeni lat nasze zainteresowania muzyką innych wykonawców. To bardzo ciekawy album dla naszych fanów. Jest na nim także dużo odnośników muzycznych do konkretnych utworów z dawnych lat. Płyta „Z wiatrem” jest swego rodzaju rozwinięciem i kontynuacją zagadnień z przeszłości Ankh. Na przykład utwór „Hate and Love” z czarnej płyty ma swoje rozwinięcie i filozoficzne uzupełnienie w utworze „Fear and Love” na najnowszym albumie. Podobnie jest z utworem „Chleb i krew” oraz nowym „Ciało i wino”. Takich akcji na tej płycie jest więcej. Zapraszamy do słuchania tego albumu i zapraszamy na nasze koncerty, gdyż większość utworów z albumu „Z wiatrem” wykonujemy na żywo zderzając je ze znanymi z wcześniejszych płyt utworami.
Piotrze, obecnie ze starego składu zostałeś tylko ty i Krzysztof. Opowiedz proszę jak doszło do uksztaltowania się aktualnego składu.
(P) To był naturalny proces przychodzenia i odchodzenia muzyków z zespołu. Zwykle działo się tak ze względu na zmieniające się warunki życiowe członków grupy. Ktoś zaczął grać z kimś innym, dającym mu większe możliwości zarobkowe lub zmieniał miejsce zamieszkania, wiesz - rodzina i tym podobne historie. Zwykle rozstawaliśmy się w zgodzie „po ludzku”. Michał Pastuszka zwany „Pastą” jako gitarzysta trafił do nas ponad 20 lat temu. Zatem już jest zasiedziałym jego elementem (śmiech – przyp. red.) Jest nie tylko gitarzystą, ale także producentem naszych ostatnich albumów. Miał już wpływ na album „...Będzie tajemnicą” z 1998 roku zatem to już szmat czasu jak gramy razem i nie wyobrażam sobie, aby mogło być inaczej. Joanna jako skrzypek trafiła z polecenia Dominika Bieńczyckiego, naszego wcześniejszego skrzypka, który nie miał czasu grać z nami. Janek Rusin jako bębniarz też naturalnie zastąpił innego Jana Prościńskiego, który zajęty tematami życiowymi w stolicy odsunął się na dalszy plan w składzie Ankh. No tak to już jest na przestrzeni 35 lat działalności naturalną koleją rzeczy jest „przewijanie się” muzyków. Takie jest życie.
Ostatnimi czasy wróciliście do częstszego koncertowania. Czy można powiedzieć, że Ankh wraca na dobre?
(P) Mamy nadzieję, że tak! Dużo zależy od zainteresowania fanów tym naszym obecnym graniem no i oczywiście od zdrowia. Na razie jest dobrze, mamy moc - zatem gramy! Są nowe pomysły na kolejną płytę. Zobaczymy co Duch w Działaniu wytworzy.
Niebawem stuknie wam 35-lecie działalności. Może warto wzorem innych zespołów pomyśleć o jakiejś specjalnej celebracji z gośćmi itd.?
(P) Na razie o tym nie myśleliśmy, ale na pewno należałoby jakoś to wyróżnić. To też fajny motyw promocyjny (śmiech – przyp. red.) Czas pokaże.
Dzieliliście scenę z dziesiątkami zespołów. Macie jakieś zaprzyjaźnione składy?
(P) Kiedyś z Closterkeller miło się obcowało na trasach – pozdrawiamy! To tak z tych bardziej znanych. Nasze muzyczne przyjaźnie związane są raczej z zespołami niszowymi z głębokiego OFF-u . Na przykład Zabrzańska Orkiestra Rockowa z Nowicy czy Jaźnia. To muzycy, z którymi wiele nas łączyło i wiele się wydarzyło na przestrzeni lat.
Czy planujecie teraz nowe nagrania?
(P) Chcemy dokończyć ostatecznie prace nad pełnowymiarowym albumem „Z wiatrem”, gdyż na razie jest wydany, dzięki naszemu rodzimemu miastu Kielce i projektom, w wersji analogowej, okrojonej do ośmiu kompozycji. Finalnie będzie 12 numerów. W planach jest nowy album, ale kiedy jego realizacja nastąpi? Trudno na chwilę obecną przewidzieć. Zapraszamy też gorąco to słuchania naszej płyty „Tu jest i tam jest”. To naszym zdaniem bardzo ciekawy album. Gra na nim jeszcze Michał Jelonek (znany m.in. z Hunter – przyp. red.) razem z innym wybitnym skrzypkiem Dominikiem Bieńczyckim. Warto „zbadać” ten album. Polecamy go wszystkim lubiącym interesującą, niebanalna w wymiarze pytań o sens istnienia muzykę melomanów.
Jak oceniacie ówczesną, krajową scenę muzyczną? Macie jakieś nowe zespoły, które zwróciły waszą uwagę?
(P) Słuchamy młodych zdolnych. Gorąco polecamy grupę „Echoteka”.
Dzięki za rozmowę. Życzę dalszej wytrwałości!
(P) Dziękuję i pozdrawiam kochających muzykę ludzi „dobrej woli i miękkiego serca”!
Rozmawiał: Wojciech Markowski
https://www.electrolite-wm.com/
www.instagram.com/electrolite.wm
https://www.facebook.com/electrolite.wm
Nieznany
electrolite.wm@gmail.com
Muzyczna 15
Warszawa, 00-001