Gdybym miał wskazać naszego „grunge’owego” człowieka za oceanem, raczej bez namysłu wymieniłbym Anitę. Jej pasja, do tych dziś nieco zapomnianych brzmień, zespołów i miejsc, jest wciąż obecna i cieszę się, że wreszcie udało nam się porozmawiać. Wywiad Warszawa – Los Angeles nt. Seattle? Nie mogłoby być dla mnie lepiej i mimo, iż wiem, że mógłbym zadać Anicie jeszcze wiele pytań, to potraktujemy ten wywiad jako być może część pierwszą wspaniałych, muzycznych historii spod znaku flaneli i jednym z najlepszych czasów w historii muzyki.
Witaj Anita! Ja co prawda nie mam już flanelowej koszuli, długie włosy przepadły, ale serce do pewnych dźwięków jest wciąż obecne. Naprawdę się cieszę z tej rozmowy.
Dziękuję za zaproszenie — to ogromna przyjemność.
Jak możesz powiedz proszę czym się zajmujesz?
Na co dzień tworzę kreatywne koncepcje marketingowe i strategie storytellingowe na social media, głównie dla branży muzycznej. Ze swojej pasji uczyniłaś pracę? Łączę w tym pasję, wieloletnią wiedzę, intuicję i autentyczną miłość do artystów oraz historii, o których opowiadam. Staram się przedstawiać muzykę w sposób emocjonalny, angażujący, często wykorzystując archiwa, ciekawostki, wspomnienia fanów i narracje, które budują więź.
Czyli social media to jednak nieodzowny element współczesnej promocji?
Dla mnie social media to nie tylko promocja — to przestrzeń, w której można przywrócić pamięć o artystach, oddać im szacunek, a jednocześnie inspirować kolejne pokolenia słuchaczy.
Opowiedz jak u Ciebie się to wszystko zaczęło.
Wszystko zaczęło się w połowie lat 90 - tych, kiedy do mojego domu trafiła przegrana kaseta Pearl Jam — zupełnie niewinnie, za sprawą chłopaka mojej siostry. Miał wtedy po prostu dobre serce i dobry gust. Ta kaseta zmieniła moje życie. Odebrałam ją jak zaproszenie do zupełnie nowego świata — szczerego, brudnego, emocjonalnego, pełnego nieoczywistej wrażliwości. Od tamtej chwili zaczęłam interesować się całą sceną z Seattle, historiami zespołów, artystami, inspiracjami. To był mój pierwszy „własny” muzyczny zachwyt. I został ze mną do dziś.
Przed naszą rozmową, postanowiłem odkurzyć nieco swój kompaktowy zagajnik z nazwijmy to „dźwiękami Seattle”. Długo zastanawiałem się co wybrać i wiesz co finalnie wybrałem? OST z Hype! – mam wrażenie, że jest on obok Sup Pop 200 chyba najbardziej uczciwym obrazem rodzącej się wówczas sceny, jeszcze mocno surowej, nieokrzesanej, dzikiej, która za jakiś czas miała nieźle namieszać na rynku.
To świetny wybór. Soundtrack z „Hype!” bardzo wiernie oddaje energię rodzącej się wówczas sceny — z jednej strony surowej i nieokrzesanej, z drugiej już wtedy pełnej charakteru. Ale, jeśli mówimy o muzycznych obrazach tamtych czasów, to dla mnie absolutnie fundamentalna jest też kompilacja Deep Six. Wyszła wcześniej i pokazuje Seattle jeszcze zanim ktokolwiek przypuszczał, że miasto stanie się centrum muzycznego świata. To zapis późnych lat 80., momentu budowania tożsamości — zanim świat usłyszał Nirvanę, zanim Pearl Jam zagrali pierwszą trasę, zanim jakiekolwiek media zainteresowały się tym, co tam się działo.
No tak...Deep Six. Prawdziwa perełka. Trudno dostępna. Wydaje mi się, że nawet kiedyś była wypuszczona reedycja, ale już z inną okładką. Rozwiejmy może raz na zawsze odwieczny dylemat medialny – czy określenie „grunge” to nie po prostu tani chwyt marketingowy i rzecz ukuta przez leniwych dziennikarzy, aby wrzucić pewne zjawisko muzyczne do jednego worka?
W dużej mierze tak. Media zawsze potrzebowały etykiet, żeby układać świat, a „grunge” był idealną łatką do wykorzystania. Podobnie wcześniej robiono z britpopem czy glam metalem. Ale jednocześnie uważam, że to określenie bardzo spłaszcza scenę. Zespoły z Seattle — Soundgarden, Pearl Jam, Nirvana, Alice in Chains — brzmiały przecież zupełnie inaczej. Łączyła je geografia, historia i ludzie, ale muzycznie to były różne światy. Dlatego nie przepadam za próbą wrzucania ich do jednego worka.
I tu pełna zgoda, jednak nieco dla „uproszczenia” zagadnień będę nim czasem operował. Cieszę się jednak, że rozprawiliśmy się z tym terminem. Czy poza umownym „grunge” coś jeszcze w odtwarzaczu?
Moje muzyczne zainteresowania są różnorodne. Jeff Buckley to mój absolutny numer jeden spoza Seattle — jego połączenie rocka, folku i emocjonalności jest dla mnie czymś wyjątkowym. Lubię też Glena Hansarda, który łączy szczerość z pięknym songwritingiem. A jeśli chodzi o muzykę pop, to Michael Jackson jest ponadczasowy. Z polskich rzeczy chętnie wracam do Afromental, zespołu Hey, a nawet wybranych plyt Jamala. Dla mnie nie gatunek jest najważniejszy, tylko prawda w brzmieniu.
Pearl Jam zawsze jednak na pierwszym miejscu?
Tak, zdecydowanie. To jedyny zespół z Seattle, który nieprzerwanie koncertuje i tworzy. Ich muzyka dojrzewa wraz z publicznością, a koncerty wciąż są pełne energii i emocji. Oczywiście Soundgarden również jest dla mnie niezwykle ważny, ale to zupełnie inny rodzaj więzi — bardziej duchowy, bardziej osobisty.
Jaki jest Twój ulubiony album PJ?
To jeden z tych zespołów, po którym naprawdę trudno przewidzieć, w którym kierunku zaraz pójdą. Najbliżej mi do debiutanckiego Ten, bo to album, od którego wszystko się zaczęło — dla nich i dla mnie. Jednocześnie ogromne wrażenie zrobiła na mnie ich najnowsza płyta Dark Matter. Może dlatego, że widziałam wiele koncertów z tej trasy i rezonuje to ze mną emocjonalnie. Z No Code uwielbiam Smile — to utwór, który zawsze mnie podnosi.
Przyznaje, że dla mnie najważniejszy PJ to ten do czasów Yield. Można chyba określić go słowami „klasyczny”. Późniejsze rzeczy bywały dla mnie już nierówne. Przyznaję jednak, że Dark Matter faktycznie radował dźwiękowo. Nie jesteś jednak Team PJ, czyli anty Nirvana? W latach 90-tych można było spotykać takie postawy. Sam wielokrotnie odbywałem wiele rozmów, gdy na mojej „kostce” (określenie wojskowego plecaka, często z demobilu zawdzięczającego swoją nazwę usztywnieniom klapy i boków, będącego niegdyś idealnym miejscem dla m.in. naszywek i innej twórczości DIY – przyp. red.) znajdowały się obie te kapele. Miały one bowiem najważniejszy dla mnie mianownik – były rewelacyjne - mimo, że tak różne. Teraz może się to wydawać śmieszne, ale kiedyś to było mocno kontrowersyjne zagranie.
Tak, to naprawdę istniało (śmiech – przyp.red.). W tamtych czasach ludzie mocno się identyfikowali z ulubionym zespołem i często było „albo-albo”. Ja byłam zdecydowanie po stronie Pearl Jam. Nirvanę szanuję i lubię, ale zawsze bliższe były mi teksty Veddera i Cornella. Z wiekiem zresztą jednak coraz bardziej doceniam Kurta Cobaina — jego wrażliwość, ironię, poczucie izolacji. Dziś patrzę na niego zupełnie inaczej niż kiedyś jako nastolatka.
Twój internetowy profil to ponad 40 tys. obserwujących. Imponujący wynik biorąc pod uwagę, że prezentujesz na nim treści wspominkowe, archiwalne i jednak dot. muzyki, która nie jest na ustach całego świata. Przeprowadzasz tam również ciekawe rozmowy. Jakaś szczególnie utkwiła Ci w pamięci lub była wyjątkowa?
Każda rozmowa jest dla mnie wyjątkowa, ale ogromne wrażenie zrobiły na mnie rozmowy z Alainem Johannesem — bliskim współpracownikiem Chrisa Cornella. Alain to kopalnia historii, a jednocześnie niezwykle ciepły człowiek. Miałam też okazję rozmawiać z Eddiem Vedderem i Stone’em Gossardem. Nie powiedziałabym, że „znam” tych ludzi — znać kogoś można dopiero po latach wspólnych doświadczeń — ale samo spotkanie i rozmowa pozostawiają ogromny ślad.
Jak wspominasz spotkanie z Eddiem i Stone’m?
Obaj są bardzo miłymi osobami.
Imprezowałaś też, jeśli się nie mylę, z technicznymi Pearl Jam?
To trochę zbyt duże słowo (śmiech – przyp.red.). Spotkałam kilka osób z ekipy przy projektach tworzonych dla mojej marki 90TheOriginal, ale nie były to imprezy. Bardziej rozmowy, wymiana historii, zwyczajne ludzkie spotkania.
Mocno promujesz tą markę – piękny hołd dla muzycznego dziedzictwa, który poza samymi dźwiękami miał przecież oczywiście i swój charakterystyczny image.
Od kilku lat współpracowałam z poprzednim właścicielem marki, Kevinem Staabem. Ponad dwa lata temu przejęłam ją w całości. To dla mnie coś więcej niż firma — to projekt, który pozwala mi oddać hołd muzycznemu dziedzictwu, stylowi życia, estetyce i wartościom lat 90. Dzięki tej marce mogę łączyć fanów, tworzyć społeczność, organizować wydarzenia, a także współpracować z ludźmi, których twórczość ukształtowała moje życie.
Jesteśmy świeżo po wprowadzeniu m.in. Soundgarden do Rock N Roll Hall Of Fame. Byłaś na miejscu.
Była to dla mnie ważna chwila jako fanki Soundgarden. Czekałam na to, aż ten zespół zostanie doceniony. Ale równocześnie było to wydarzenie bardzo bittersweet. Brak Chrisa Cornella był odczuwalny na każdym kroku. Sama ceremonia była bardziej w klimacie MTV Awards niż rockowego święta — brakowało mi autentyczności i ducha zespołu, którego dotyczyła.
Często odwiedzasz Hollywood Forever Cemetary?
Tak, regularnie. Mieszkam około 40 minut drogi i staram się odwiedzać to miejsce przynajmniej raz w miesiącu. To nie jest zwykły cmentarz — to przestrzeń kultury, muzyki, sztuki. Można tam spotkać ludzi ćwiczących jogę, oglądać koncerty, albo po prostu posiedzieć jak w parku. Zawsze odwiedzam groby Chrisa, Marka Lanegana, Nataszy Schneider, a od niedawna także Davida Lyncha.
Jak oceniasz z dzisiejszej perspektywy samo Seattle? Czy ma ono jeszcze coś z tego ducha? Wiem, że parę miejsc jeszcze się ostało.
Zdecydowanie tak, choć zmiany są ogromne. Miasto rozwinęło się technologicznie, jest siedzibą Amazona, stało się biznesowym centrum. Ale wciąż można znaleźć miejsca, w których słychać echa lat 90. Moja ukochana dzielnica to West Seattle — tam wciąż żyje wspólnotowość. Co byś polecała tam teraz szczególnie? Klasyczny sklep Easy Street Records, MoPOP (Museum of Pop Culture – przyp. red.). — bo historia muzyki Seattle zasługuje na miejsce w muzeum. Spacer po Capitol Hill — klimatyczny, pełen energii. A dla tych, którzy mają możliwość — London Bridge Studio, miejsce narodzin wielu legendarnych albumów...no i prom na Bainbridge, absolutny „bilet do innego świata”.
Czy jest jakiś zespół, który według Ciebie, nie został należycie doceniony za czasów Seattle era?
Malfunkshun, Green River i Gruntrack. Każdy z nich współtworzył scenę, bez której nie byłoby „wielkiej czwórki”.
U mnie chyba zawsze był to TAD, który wspaniale walcował, ale również potrafił poeksperymentować. Screaming Trees chyba finalnie też nie zawojowało niestety rynku. Do tego również np. Love Battery... Powiedz - lubisz wracać do kultowego filmu Singles? (obraz Camerona Crowe’a z 1992 roku o grupce dwudziestolatków szukających miłości i spełnienia w Seattle – przyp. red.).
Tak. Jak mówisz - to film kultowy w naszej niszy, może nie wybitny scenariuszowo, ale jako zapis miasta i atmosfery jest wyjątkowy. Uchwycił moment tuż przed wybuchem popularności — to prawdziwa kapsuła czasu.
Pytam, bo to chyba jedyny film, który trafił w dobry czas i mimo, iż również nie uważam go za dobry pod kątem scenariusza – to jako obraz miejsca i przysłowiowej miejscowej „sceny” już tak.
Tak. Fabularnie to lekki film, ale dokumentacja sceny jest bezcenna. To snapshot Seattle, którego już nie ma.
No i ten wspaniały OST...
Dla mnie jeden z najlepszych soundtracków lat 90 - tych. Każdy utwór jest jak pocztówka z tamtego czasu.
Pewnie byłaś na trasie Temple Of The Dog, gdy na chwilę się reaktywowali?
No właśnie niestety nie byłam...ale obejrzałam bardzo wiele nagrań i wywiadów z tej trasy. Cieszę się, że w ogóle do niej doszło — to projekt wyjątkowy, w którym spotkały się emocje, historia i przyjaźń.
Album Mad Season uważam, nie tylko za jeden z najwybitniejszych albumów tamtych czasów, ale i muzyki w ogóle. Pamiętasz swój pierwszy kontakt z nimi?
Pamiętam go bardzo dobrze. Above to album, który nie przypominał niczego z tamtej sceny. Był bardziej dojrzały, bluesowy, duchowy. Po latach wciąż uważam go za jedno z najważniejszych muzycznych dzieł tamtej dekady.
Jak oceniasz ich późniejszą współpracę z Seattle Symphony? To było ciekawe.
Piękny hołd. Orkiestra dodała tej muzyce przestrzeni i wzniosłości — a jednocześnie nie zabrała jej surowego charakteru.
Czy masz jakieś nowe zespoły, które Cię zainteresowały?
James and the Cold Gun — świetna energia, rockowe brzmienie, a do tego wydawani przez Loose Groove Records, label Stone’a Gossarda. Lubię zespoły, które potrafią połączyć inspiracje latami 90. z nowoczesną produkcją.
To na koniec jeszcze szybko koncertowo - Twoje Top 5 koncertów z lat 1991-1994?
Na pierwszym miejscu — Lollapalooza 1992, z udziałem Pearl Jam, Soundgarden i całej plejady zespołów, które dziś są legendami. Do tego wszystkie koncerty MTV Unplugged z tamtego okresu — każdy z nich to historia muzyki pisana na żywo. To był czas, kiedy koncerty były surowe, spontaniczne, emocjonalne. I to najbardziej kocham.
Wielkie dzięki za rozmowę!
Ja również dziękuję. To zawsze ogromna radość wracać do muzyki, która mnie ukształtowała, i dzielić się historiami, które wciąż trwają. Scena Seattle to dla mnie nie tylko dźwięki — to sposób myślenia, wrażliwość i wspólnota, którą dziś staram się pielęgnować w mojej pracy.
Rozmawiał: Wojciech Markowski
https://www.electrolite-wm.com/
www.instagram.com/electrolite.wm
https://www.facebook.com/electrolite.wm
Nieznany
electrolite.wm@gmail.com
Muzyczna 15
Warszawa, 00-001