Piątek był dla mnie ostatecznie najlepszym dniem festiwalu – moc dźwiękowa nie schodziła z desek sceny, a my wszyscy, którzy przebywaliśmy wtedy prawie non stop przy barierkach, następnego dnia mogliśmy mieć autentyczne problemy z nogami i plecami. To był dzień, w którym festiwal nabrał pełnego muzycznego rozpędu.
Już przy pierwszych dźwiękach The B17 słychać było, że wchodzimy w mocno imprezowy tryb. Pochodzący z Batumi, gruziński duet uderzył taką mieszanką dubstepu, drum’n’bassu, i industrialu, że pod sceną mimo wczesnej godziny zrobiło się całkiem tłoczno, bujająco i tanecznie.
Klimat podtrzymali lubelscy Only Mess podkręcając gałki na rockową stronę i prezentując prawdziwe, dynamiczne łupnięcie. Nie zabrakło gości, skoków i śpiewaniu w tłumie przez wokalistę Michała Matraszka. Było w tym sporo naturalności i radości z grania.
Prawdziwa eksplozja nastąpiła jednak wraz z pojawieniem się Tramhaus. Lukas Jansen w krótkich szortach i koszulce, praktycznie nie pozostawał w miejscu. Biegał od jednej krawędzi sceny do drugiej, wchodził na barierki, nieustannie prowokował kontakt z publicznością i sprawiał wrażenie, jakby każdą kolejną piosenkę przeżywał coraz mocniej. Naprawdę pozazdrościć kondycji. Po takim koncercie zapewne wielu myślało, że osiągnięto już punkt kulminacyjny wieczoru. Błąd! Nic bardziej mylnego i ja to wiedziałem.
Gdy na scenę wbiegli chłopaki z Therapy?, od razu było widać różnicę pomiędzy zespołem dobrym a wyjadaczami, którzy od kilku dekad pozostają klasą samą dla siebie. Może i nieco na uboczu, na swoich zasadach, ale z rzeszą oddanych słuchaczy i nagrywających w dalszym ciągu rzeczy kapitalne. Irlandczycy nie potrzebowali wielkich gestów ani efektownej oprawy. Pierwsze dźwięki Nausea wystarczyły aby natychmiast przypomnieć wszystkim, o co chodzi w potędze surowego, gitarowego grania. Tu nie było miękkiej gry: klasyczny ukłon dla Joy Division - Isolation czy późniejszy Turn to były najlepsze wizytówki zespołu.
Andy Cairns z charakterystycznym spokojem prowadził kolejne utwory. Michael McKeegan skakał ze swoim basem i strzelał ujmującym uśmiechem a Neil Cooper (świętujący tego dnia urodziny) okładał w swoim stylu perkusję takimi łamańcami i siłą jakby nadciągał koniec świata. Postawili na pewniaki. Dostaliśmy Hellbelly, Stories, Die Laughing, mocarne Knives i Still Hurts oraz ukochane przeze mnie Teethgrinder, Trigger Inside, Nowhere czy Potato Junkie. Nawet przy Diane nie było oddechu, gdyż zagrali go bliżej wersji Hüsker Dü.
Mogliśmy posłuchać rzeczy nowej - Snapped Elastic. Kolejny album nadciąga, a jeśli będzie on takim pięknym ukłonem do chyba najwcześniejszych odcieni zespołu, jak tan numer – to już zacieram ręce. Szkoda, że w secie nie pojawiło się nic z np. „Crooked Timber”, „Semi-Detached” czy „High Anxiety”, ale takie festiwalowe wydarzenia też mają swoje reguły. Całość zamknął chóralnie rozdarty Screamager. Dla mnie najlepszy koncert dnia. Widziałem ich już trzy razy i chyba nigdy się nie znudzą.
Na zakończenie dnia organizatorzy przygotowali coś zupełnie innego. Francuski duet Kap Bambino od pierwszych sekund zamienił namiot w pulsujący klub. Agresywna elektronika, punkowa bezczelność i industrialny hałas stworzyły mieszankę, której trudno było się oprzeć. Zdecydowanie lepiej wypał niż w wersjach studyjnych i było to dla mnie miłe zaskoczenie. A pozostały jeszcze 2 dni!
Wojciech Markowski
galerie z koncertów:
Nieznany
electrolite.wm@gmail.com
Muzyczna 15
Warszawa, 00-001