21 czerwca 2026

RELACJA: Summer Punch Festival 18-19.06.2026 Letnia Scena Progresji

To nie będzie zwykła relacja, bardziej analiza i próba opisania ostatnich muzycznych dni nieco pod innym kątem. Wszystko to dlatego, że sprawa dotyczy imprezy nowej, stawiającej dopiero pierwsze kroki, ale już takie, które zostawiają ślad na klepisku. Zapnijcie więc pasy i sznurujcie trampki, bo na mapę rodzimych festiwali, dzięki Winiary Bookings, wkroczył właśnie Summer Punch Festival i należy trzymać kciuki, aby został z nami na długo (mamy już potwierdzenie kolejnej, tym razem 3-dniowej edycji za rok).

Wydarzenie ma ogromny potencjał, a przy wyciągnięciu kilku lekcji z zakończonej właśnie odsłony może on dobrze namieszać na koncertowej scenie. Dlaczego? Bo jest to rzecz robiona z pasji - to czuło się już od samego początku: dynamiczne podejście reklamowe i marketingowe, charakterystyczne logo, dynamicznie prowadzone social media, stały, wirtualny kontakt z uczestnikami, przejrzysta mapa terenu imprezy, bezproblemowe kwestie formalne dla przedstawicieli mediów, prezentacja terenu, informacje przekazywane przez megafony itp. Wierzcie, takie rzeczy nie są standardem i to rzucało się w oczy. Do tego imponujący jak na debiutanta rozmach przedsięwzięcia: dwie sceny (mniejsza, znana z Letniej Sceny Progresji nazwana Punch oraz duża, gwiazdorska – Summer zlokalizowana nieopodal, po przeciwnej stronie placu), strefa VIP z oddzielnymi trybunami oraz łącznie 24 wykonawców (nie licząc afterów w Progresji). Poza tym były miejsca gdzie można było uzyskać autografy niektórych artystów, nabyć merch, sprawdzić stalowy cios na automacie bokserskim, a także posilić się i wzmocnić trunkowo. Słowem – zacnie. Takie wydarzenia zmuszają oczywiście do pewnej selekcji. Ze względu na warunki, grafik i potrzebę regeneracji bardzo trudno było ogarnąć wszystkie składy, ale należy zaznaczyć, że wszystko zostało przygotowane i przeprowadzone z imponującą punktualnością.

Przeżyliśmy dwa dni pełne muzyki w iście alternatywnym, młodzieżowym wydaniu. Line up, biorąc pod uwagę konieczność rywalizacji z już znanymi festiwalowymi markami, siłą rzeczy musiał być sztuką kompromisu. Mimo planów Organizatorów o ściągnięciu zespołów pokroju The Offspring (chwilę wcześniej bawili w Krakowie), Sex Pistols (poszaleją w Poznaniu) czy Social Distortion (niebawem w Niemczech) finalnie dostaliśmy głównie muzycznych reprezentantów szeroko rozumianej metalcore’owo - numetalowej sceny. Nie należy jednak ronić łez w swój 30-letni t-shirt, bo dopalaczem całości było bezapelacyjnie Bad Omens  (absolutny rekordzista merchu uczestników), który mógł zainteresować wszystkich. Wrócili do nas po 4 latach. Będący obecnie zespołem grającym w najwyższej lidze, ściągnęli dzikie tłumy prezentując swoje lżejsze jak i mocniejsze oblicze. Dali przy tym najlepsze widowisko pod względem wizualnym i nagłośnieniowym, a numery jak otwierający Specter, Just Pretend, Concrete Jungle, V.A.N, Like a Villain i przede wszystkim Dethrone wybujały stłoczoną publikę. Miało się nieodparte wrażenie, że nic innego mogło nie grać. Pierwszy dzień „komercyjnie” mógł się wydawać ciekawszy, bo wskoczyło tam jeszcze P.O.D. i Babymetal. Ten pierwszy pamiętał o pewniakach pokroju Boom, Satellite, Youth of the Nation i Alive, a drugi po raz kolejny potwierdził, że są zjawiskiem i spektaklem, dedykowanym głównie na zamknięte obiekty (polecam koncert z Budokan z 2014 roku).

Dobrze wypadli francuscy Landmvrks będący u nas nie tak dawno bo na początku roku. Dla wielu są obecnie europejską odpowiedzią na zespoły takie jak Bring Me The Horizon czy Architects. W dalszym ciągu umiejętnie łączą style. Są i brutalne riffy metalcore'owe, melodyjne refreny, elementy nu metalu, a nawet rap. Pojawiły się ognie a Florent Salfati tradycyjnie płynnie przechodził od agresywnego screamingu do czystego śpiewu i rapowanych fragmentów. Publika błyskawicznie dała się ponieść przy numerach jak Creature czy Self-Made Black Hole.

Dla mnie najlepszym koncertem na Punch Stage był, zgodnie z oczekiwaniami, House Of Protection z Kalifornii, który absolutnie trzeba obejrzeć w klubowych warunkach. Niby tylko dwóch dżentelmenów - Stephen Harrison oraz Aric Improta (byłych członków Fever 333), a energii za cały skład. Czego tam nie było, śpiewy w circle pit, potężny mosh pit, wdrapywanie na rusztowania, a wszystko to zakrapiane numerami pełnymi hardcore'u, punku, elektroniki i nowoczesnego rocka. Absolutne koncertowe zwierzę, zachowujące się jakby każdy koncert był ich ostatnim. Muzyczne strzały jak m.in. Pulling Teeth, Fuse, Godspeed, Fire czy It's Supposed to Hurt trafiały bezbłędnie. Grzali z taką energią, że nawet słońce będące do tej pory nieco w odwrocie wreszcie wyjrzało zza chmur. 

No właśnie – słońce i temperatura. Podczas gdy pierwszego dnia było to wszystko mocno niepewne tak drugiego uderzyło z taką mocą, że przebywanie non stop na festiwalowym polu, bez nawodnienia i nakrycia głowy, mogło zakończyć się w innym miejscu. Pomimo dużo niższej frekwencji jedną z najczęstszych rozrywek było szukanie skrawka cienia (nie było to łatwe bo np. sekcja z leżakami pod parasolkami w okolicach Punch Stage padła ofiarą wakacyjnych instynktów pokroju „rezerwowania” sobie wielu miejsc). Do tego problem z wodą pitną - dzień wcześniej nie było dystrybutorów (była rozdawana bez limitu), tak drugiego był już punkt poboru, ale kolejka do niego bywała tak długa, że można było przegapić cały koncert. Problemem było również to, że po wejściu do sekcji gastronomicznej z wodą możliwość jej wyniesienia była już niemożliwa. Niech nie przesłoni to jednak samej muzyki. Już otwierający tego dnia Zero 9:36 ze swoją mieszanką rapu, rocka, metalu i elektroniki wypadł dużo lepiej niż dzień wcześniej, o tej porze nieco wycofany Rain City Drive. Najlepszy dla mnie koncert dała punkowo post-hardcore'owa ekipa z Touche Amore. Bywali u nas już wcześniej, ale ja widziałem ich na żywo pierwszy raz i efekt był zgodny z oczekiwaniami. Jeremy Bolm z mikrofonem wyciskał z gardła emocjonalne tony, a publiczność nie pozostawała dłużna. Tu nie chodzi o czystość wykonawczą a swoiste oczyszczenie, a ten zespół to gwarantuje. Niestety było to tylko 30 minut.

Tuż po nich zostałem na barwnym brytyskim duecie Wargasm, który na początku mierzył się z problemami technicznymi, jednak ostatecznie zaprezentował swoją ciekawą, alternatywną mieszankę industrialu, elektroniki, punku i rave'owej energii. Milkie Way i Sam Matlock przy: Bad Seed czy Spit błyskawicznie kupili uczestników i zapewnili wzorową interakcję. Na dużej scenie działo się również sporo: świetnie nagłośniony Man With A Mission, kobieca nuta gitarowej alternatywy spod znaku Yonaka czy energia i jeden z lepszych koncertów dnia od Alexisonfire serwujący m.in. elegancko pędzące Dog's Blood, Accidents czy Young Cardinals.

Muzyczna klasyka w nowoczesnym wydaniu czyli Palaye Royale również nie pozwalali się nudzić racząc swoją rock n rollową mieszanką. Od nonszalancko zremiksowanego intra z Break On Through (to the Other Side) The Doors szaleli do końca na scenie, zachęcali do potańcówki przy F*ckin With My Head, podczas Showbiz wrzucali w tłum wielkie białe piłki, a Remington Leith znalazł nawet czas na wskocznie i pływanie na pontonie oraz wdrapanie na wieże dźwiękowców. Zanim główną scenę zamknął Three Days Grace ze swoimi przebojowymi refrenami, na Punch poszalał Don Broco mający ambicje do rozkręcenia największego pogo festiwalu (wyszło nieźle, ale połowicznie). Dla wszystkich, dla których świt był daleki czekała jeszcze w Progresji Ultimate Emo Party (w czwartek zagrało Overgrown, w piątek – Cafetrauma).

Summer Punch Festival stawia na energię, a to - nie czarujmy się - generuje głównie młodsze pokolenie. Czy to zarzut? Absolutnie nie – tak po prostu jest.  Poza nielicznymi wyjątkami tegoroczny line up zdominowały głównie dźwięki stosunkowo świeże i taką też zgromadziły publikę - ludzi pragnących szaleństwa i chyba również jakiegoś przedsmaku wakacji. Zespoły zdawały się wpisywać w taką konstrukcję. Jak wspomniałem - za rok kolejna edycja i trzy dni muzyki. Jak to wpłynie na wybór zespołów? Czy będą dni zróżnicowane czy tematyczne? Czy dłuższy czas trwania dopuści przerwy między poszczególnymi zespołami ułatwiające przemieszczanie pomiędzy scenami? Czas pokaże.

Trzymam kciuki za dalsze działanie Organizatorów, bo takich muzycznych wydarzeń nigdy za wiele, a widząc tegoroczną edycję istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że i my nieco starsi znajdziemy tam ponownie coś dla siebie.

Wojciech Markowski 

Nieznany

electrolite.wm@gmail.com 

 

Muzyczna 15

Warszawa, 00-001

Kontakt

Menu

Śledź nas

A website created in the WebWave website builder