02 marca 2026

RELACJA: PARADISE LOST + Saturnus + Shores Of Null 28.02.2026 Progresja 

Gdy widzi się gigantyczną kolejkę przed klubem, dobry, spójny muzycznie skład, wyprzedany koncert i w zestawie gwiazdę, która generuje skrajne emocje można spokojnie zakładać, że to będzie dobry wieczór. Czy tak było i tym razem? 

Naprawdę rzadko się trafia, że otwieracz dostaje od początku tak dobre warunki techniczne, a te wspaniały, klimatyczny włoski Shores of Null wykorzystał w pełni. Lata na scenie i doświadczenie dały o sobie znać i otrzymaliśmy piękny muzyczny koncert pełen mrocznego, melancholijnego metalu o ciężkim, a jednocześnie majestatycznym brzmieniu.

Od otwierającego Destination Woe, z kapitalnej płyty „The Loss Of Beautybyło bardzo dobrze. Davide Straccione na wokalu prezentował szeroki wachlarz emocji i stylistyk, a zespół trzaskał elegancko zróżnicowanymi tempami i harmoniami. Była okazja usłyszeć An Easy Way z nowego wydawnictwa „Latitudes Of Sorrow”, ale i rzczy nieco starsze jak Black Drapes For Tomorrow czy nawet Souls Of The Abyss oraz Quiescent. Było niestety krótko – takie zasady.

Duński Saturnus również uderzył konkretnie przy dziarskim wkroczeniu na scenę z błyskawicznym nawoływaniem do zbiorowych okrzyków. Thomas Akim Grønbæk Jensen ze swoim growlem, nierzadko wchodzący w naprawdę głębokie hadesowe tony, popisał się dodatkowo znakomitą znajomością języka polskiego, wygłaszając wiele krótkich, ale sympatycznych zwrotów, w tym wielokrotne dziękując za przyjęcie. To upchana już mocno publika w Progresji zapewniła, był las rąk i apaluz. Mocne numery mieszały się z nastrojowymi partiami. Było m.in. The Storm Within, Empty Handed czy A Father’s Providence.

Duńczycy w osobach Indee Rehal-Sagoo oraz Julio Fernandeza pięknie spinali całość gitarowo, przy czym ten ostatni naprawdę miał swoje 5 minut pięknie odgrywając solówkę w Forest of Insomia. Potężnie brzmiała też perkusja i podwójna stopa Henrika Glassa. Dłużej niż Włosi, ale… no też krótko.        

Wejście na scenę Paradise Lost to pewne reguły gry: światła przyciemnione na długo przed, Dead Can Dance z głośników i przyjemny zapach kadzidła. Eleganckie dekoracje sceny z elementami nowego wydawnictwa i czekanie. Na nic krzyki, wrzaski, dopominanie. Punktualnie o 22:00 zespołowy meldunek na deskach. Do czasu. Czy mamy się już przyzwyczajać do pechowych incydentów na ich koncertach? Weszli mocno i z nowym drepczącym mocarzem Serpent On The Cross, ale już właściwie na samym początku przerwali Tragic Idol z powodu potrzeby udzielenia pomocy jednemu z uczestników znajdującemu się bliżej sceny. Zapalono światła. Zespół zszedł a zamieszanie trwało około 10 minut. Po opanowaniu sytuacji wszystko wróciło do normy. Nie ponowili niestety numeru, uderzyli od razu w True Belief. Szkoda. 

Półtorej godziny zleciało szybko, słychać było narzekania, że było mało z tego czy tamtego. Klasyk. Set z gatunku raczej bezpiecznych i z obowiązkowymi pewniakami, które live zawsze radują serce: Pity The Sadness, Once Solemn, Mouth, Say Just Words, Ghosts. Epickość Faith Divides Us - Death Unites Us z pomocą zgromadzonych, kolejny raz robiła wrażenie. Popieszczeni nawet ci słuchający wyłącznie „Host” dzięki Salvation.

Cóż napisać nowego o Brytyjczykach? Chyba nic. To po prostu chyba jeden z tych zespołów, którego się wyznaje, docenia za kilka płyt, lubi tylko za jeden album (bo to trochę brzmi jak Depeche Mode) lub odrzuca (bo to, to już nie to). Jedna jest jednak rzecz stała: Szanuje się ich za całokształt, za to co zrobili i jak dumnie włożyli cegiełkę swych dźwięków do przepastnej muzycznej skarbnicy zarówno z odcieniami doom czy death, jak i tej bardziej przebojowej. Nie bali się wchodzić do różnych rzek, zmieniali styl i image. Kiedyś byli wyklinani – obecnie, mam wrażenie, tendencja się zmienia i coraz częściej docenia się takie muzyczne poszukiwania. Słusznie.

Warto było zobaczyć Paradajsów na tej trasie, piekielnie udany nowy album i ciekawość jak nowe rzeczy wyjdą na żywo również była ogromna. Wyszły wspaniale i szkoda, że ograniczono się tylko do kilku  - Silence Like A Grave to prawdziwy potwór. Może powinien w przyszłości rozpoczynać koncerty? Zespół wpada do Polski od zawsze, grają w różnych warunkach, bywały lepsze i gorsze momenty, ale po tym warszawskim wieczorze można pokusić się o stwierdzenie, że było to mroczno-melancholijne święto na całego. Zaskoczeni?

Organizatorem było Knock Out Productions.

Nieznany

electrolite.wm@gmail.com 

 

Muzyczna 15

Warszawa, 00-001

Kontakt

Menu

Śledź nas

A website created in the WebWave website builder