Tradycja otwartej sceny, gdzie młodzi artyści mogą zaprezentować szerzej swoją twórczość, jest stara jak świat, ale nigdy nie straciła na aktualności. Ciekawych twórców jest wśród nas cała masa, a czasem wystarczy dać im po prostu szansę i pomóc, aby w pełni mogli wykorzystać swój potencjał. Pomysł organizacji takiego cyklicznego wydarzenia przez Bemowskie Centrum Kultury był od początku strzałem w dziesiątkę. Tym razem nasz portal był pierwszy raz partnerem tego wydarzenia i, co szczególnie cieszyło, była to bardzo rockowa odsłona, podszyta dużą dawką flanelowych koszul i szeroko rozumianej alternatywy. Amfiteatr Bemowo ponownie otworzył się w piątkowy dzień na ośmiu młodych twórców. Był to ostatni w tym sezonie koncert projektu.
Wydarzenie tradycyjnie prowadził dobrze znany nie tylko bemowskiej publiczności Namaste, współtwórca grupy FENOMEN, i jak zwykle nudy przy mikrofonie nie było. Ma chłopak gadane absolutne. Po zakończonych próbach, na długo przed oficjalnym rozpoczęciem, trwało namawianie przez niego przechodniów parku do przekroczenia bramy Amfiteatru (w pewnej chwili nawet wyszedł z mikrofonem poza obiekt, aby nawiązać bezpośredni kontakt). Kilku udało się namówić.
Całość otworzyła Asia Tomasik, wokalistka, autorka tekstów, kompozytorka i producentka muzyczna. Jej występ balansował na pograniczu popu, indie i R&B. Sama pisze teksty swoich piosenek, komponuje i aktywnie uczestniczy w procesie ich produkcji.
Początki bywają trudne. Na starcie pojawiło się kilka technicznych problemów, ale Asia szybko przykryła je pozytywną energią, własną choreografią i uśmiechem. Od drugiego numeru wszystko już zagrało tak, jak powinno, i ten poziom utrzymał się do samego końca. Usłyszeliśmy m.in. debiutancki singiel Chłód oraz Oczy. Jak na otwarcie edycji – było naprawdę pozytywnie.
Gdy na scenę wkroczył Atak Serca, atmosfera zmieniła się diametralnie i weszliśmy do świata, gdzie mocno pachniało najczęściej Nirvaną z czasów „In Utero”. Grają od 2023 roku i, jak sami mówią, ich nazwa została wychwycona podczas przerwy na budowie – z informacyjnej audycji radiowej, w której to omawiano „wzrost śmiertelności wśród młodych osób na zawał serca...”.
Wokalista Jakub Księżak ze swoją gitarą wykrzykiwał numery jak Połamane ręce, Nie było mi lepiej, Wszyscy są tacy sami czy Faktografia. Znalazło się tam też jednak miejsce na bardziej egzystencjalne tony. Wsparcie w postaci skupionej Julii Perkowskiej na basie oraz zamaskowanego Tadeusza Piekarskiego walącego w gary dawało pełny obraz tego garażowego trio.
Podczas występu Acorn atmosfera znów mocno się zmieniła. Jego muzyczna przygoda zaczęła się jeszcze w czasach nastoletnich, kiedy eksperymentował z instrumentalną elektroniką. Tu już były czyste emocje, ale ubrane mocno w lata 80.
Acorn tworzy i komponuje wszystko sam, z wyjątkiem partii gitarowych. Jak sam mówił, to pasja, którą konsekwentnie rozwija już od dziesięciu lat. W swoich utworach dzieli się osobistymi doświadczeniami, a na scenie korzysta z syntezatora i automatu perkusyjnego. Wybrzmiały m.in. Where Did It All Go, Superstar i Marks, a całość zamknął Broken Sunflower.
Chłopaki z poznańskich Jeżyc, czyli Fuga, balansując na granicy rapu, alternatywy i popu, dali pierwszy występ tej edycji pełen autentycznego luzu. Skład tworzą Michał Wasilewski, Piotr Mleczko i Paweł Cybulski. Dobrze się oglądało i słuchało. Poleciały m.in. Alla norma, XIX, Chmury, Bouncy no i oczywiście Strzyga, która jeszcze trochę chodziła potem po głowie.
Czas leciał nieubłaganie. Połowa występów była już za nami, jedni wychodzili, inni dopiero się pojawiali. Dołączały kolejne zaprzyjaźnione ekipy i bardzo dobrze, bo druga część wieczoru nie miała już taryfy ulgowej. Marcin Ostrowski, czyli Marone, związany z toruńską sceną hip-hopową, znany wcześniej m.in. ze składu Bezsenny (lub Bezcenny) Underground oraz Robson, wkroczyli na deski Amfiteatru jak na pole bitwy i nie trwało długo jak udało się zebrać wreszcie pierwszych podscenicznych wojowników.
Poleciały m.in. Mam swój lot, Cele i Autoterapia. To był artysta, który wygenerował tego dnia największe zainteresowanie pokoncertowe. Po wszystkim obserwowaliśmy oblężenie nad jego płytami promocyjnymi oraz, co ważne, autografami, które raper rozdawał przez długi czas.
Cytując klasyka – Cyk, Walenty, na bok sentymenty! Najwyższy czas było wrócić do mocy gitar, a o to zadbali The Croctopi – międzynarodowy zespół grający alternatywnego rocka, którego siedziba mieści się w Warszawie. Był to jeden z najmocniejszych koncertów tej edycji. Seattle ukłoniło się nam po raz kolejny, tym razem mocno pachniało Alice in Chains, Pearl Jam czy Soundgarden. Koszulka z Jesus Christ Pose nie mogła być przecież przypadkiem!
Był elegancki groove i mocarne pogłosy. Wszystko od początku zaskoczyło tak, jak powinno – od otwierającego Amateurs, przez Man with a Spoon, Get Better i Juvenile, aż po The Way. Żywiołowe granie i zdecydowanie mocna koncertowa liga.
Jeśli w kategorii gitarowego, dociążonego ciosu The Croctopi należy się największe uznanie – ten wieczór należał do duetu Dżuma. To stosunkowo nowy projekt obracający się w świecie trip-hopu, ambientu i ogólnie otoczki inspirowanej symbolizmem i wewnętrzną refleksją. Dopiero teraz była okazja wreszcie doświadczyć ich na żywo. Co tu pisać. Ustawcie fazery na rzecz wyjątkową.
Julka Dymitrowska była absolutnie hipnotyzująca i balansująca w swoim występie gdzieś między jawą i snem. Jej ruchy to trochę mistyki z rejonów Florence Welch, a i szczypta prawdziwej radości, którą okazywała wielokrotnie, podskakując w rytm muzyki ze szczęścia. No i ten jej głos, który potrafi otworzyć niejeden czakram. Mikołaj – usadowiony na dalszym planie – nieustannie kontrolował sytuację i całe mroczne i melancholijne brzmienie projektu. Wybrzmiały m.in. Illusion, Daydream, Carnation, Escapee i Ascension. Rewelacyjny koncert, może nieco bardziej dedykowany na mniejsze kluby, aby oddać te doznania, ale i w takich warunkach czarował. Wspaniale, że duet został zauważony. Julka, Mikołaj – kiedy powtórka?
Po takim spektaklu, gdzie wrażenia szybowały często ponad typowy koncert, na finał weszła Tabaka i bez kompleksów przywaliła najmocniejszy muzycznie set wieczoru – bez litości i z rozkręconym pogo. Zero sentymentów, wymyślania prochu i rozrywania bolączek serca – tu liczyła się tylko energia i dzika furia. Zapachniało mocno klimatami stonera, a ilość dymów, jakie uskuteczniono podczas setu, sprawiła, że wielokrotnie byli ledwo widzialni. „Pasuje?!” – krzyczał ze sceny Wiktor Sudyka cytując Titusa z Acid Drinkers. Chyba nikt po takim strzale nie wychodził z Amfiteatru rozczarowany.
Tym razem niestety nie doczekaliśmy się żadnych spontanicznych duetów, a i frekwencja nie rozpieszczała. Szkoda. Pozostaje mieć nadzieję, że przy kolejnych edycjach będzie z tym lepiej. Bo wiecie, co jest najlepsze w takich inicjatywach - świadomość, że można komuś pomóc, dać przestrzeń i pokazać nowe, ciekawe dźwięki, które nie zostały jeszcze zalane przez wyrachowany biznes i mainstream. Ale jest coś jeszcze – twarze występujących. Ich spojrzenia na początku i pod koniec występu mówią czasem więcej niż niejeden komentarz. Najpierw trema, niepewność i ostrożność. A potem coś w nich puszcza. Scena zaczyna wciągać, pojawia się luz, energia i interakcja z publicznością. I właśnie o to w tym wszystkim chodzi.
Open Stage pokazuje, że nie ma muzycznych barier, że można tworzyć rzeczy ważne i ciekawe w wielu gatunkach. Niektórzy dopiero szlifują, podczas gdy inni już podnoszą poprzeczkę wysoko. Gdyby jeszcze wprowadzić do świadomości, by zespoły po zakończonych setach i złożeniu ciamadanów zostawały w obiekcie, aby posłuchać swoich innych kolegów, to byłoby naprawdę miłe (niestety robią to wciąż nieliczni).
Dziękujemy wszystkim Zespołom i Organizatorom za ten bemowski wieczór. Dla firmy BMJ – tradycyjne podziękowania za profesjonalne pilnowanie. Czekamy na kolejną edycję i cieszymy się, że Nasza Fonosfera znalazła się w dużej rodzinie Open Stage.
Wojciech Markowski
fot. electrolite.wm
więcej na:
Nieznany
electrolite.wm@gmail.com
Muzyczna 15
Warszawa, 00-001