Czterej jeźdźcy znów odwiedzili Polskę, obecnie na pojedynczy koncert i tym razem, ku zadowoleniu wszystkich - po 18 latach ponownie na Stadion Śląski (inny obiekt, ale fakt pozostaje faktem) w Chorzowie. Wszystko to oczywiście w ramach trasy M72 World Tour. Wieczór otworzyły supporty — Gojira oraz Knocked Loose. Na początku wieczoru nagłośnienie nie zdążyło jeszcze pokazać na co je stać, pokrętła dźwiękowców i ustalenia były nieubłagalne. Dźwięk momentami był płaski, ginęły detale, a szczególnie pierwsze minuty obydwu setów wymagały od publiczności cierpliwości.
Knocked Loose weszli na scenę z energią przypominającą bardziej klubowy hardcore’owy chaos niż stadionowy support. Amerykanie od pierwszych minut próbowali swą agresywną mieszanka hardcore’u i metalcore’a rozruszać napływającą na Stadion Śląski publiczność. W ich secie pojawiły się przede wszystkim mocne dopalacze jak Counting Worms, Mistakes Like Fractures czy Suffocate. Widać było, że zespół przyjechał do Chorzowa po nowych fanów i swoją intensywnością zwracał uwagę. Często skutecznie - gdzieniegdzie rozkręcały się miłe circle pity.
Znacznie lepiej w stadionowej przestrzeni odnalazła się jednak Gojira. Nie pierwszy zresztą raz. To wszak okrutna muzyczna bestia. Francuzi od lat funkcjonują na poziomie headlinerów największych festiwali i nawet w roli supportu potrafią budować monumentalny klimat. Ich koncert był hipnotyczny, ciężki i precyzyjny. Joe Duplantier świetnie prowadził publiczność, a Mario po raz kolejny udowodnił, dlaczego uchodzi za jednego z najlepszych perkusistów współczesnego metalu. W setliście nie zabrakło Stranded, Silvera, Amazonia czy monumentalnych Flying Whales i Mea culpa (Ah! Ça ira!). Dodatkowo warto wspomnieć, że na scenie zagościła Marina Viotti. Telebimy osadzone na gigantycznych słupach prezentowały nieprzerwanie wizualizacje i ujęcia ze sceny. I właśnie wtedy można było nieśmiało poczuć, że ten koncert od strony produkcyjnej zaczyna wchodzić na wyższy poziom. Gojira przygotowała publiczność idealnie pod wejście gwiazdy wieczoru — ciężarem, intensywnością i narastającym poczuciem, że Kocioł Czarownic za chwilę zamieni się w gigantyczny metalowy spektakl.
Sam koncert Metalliki był kolejnym dowodem na to, że w dalszym ciągu pozostaje jedną z największych stadionowych atrakcji świata. Dostaliśmy solidny, klasyczny koncert jednak całościowo, dla częstych bywalców ich występów - raczej bez większych niespodzianek (nie licząc oczywiście ukłonu w stronę Perfectu i Chcemy być sobą). Skąd taka ocena? Być może poprzeczkę zawiesił wysoko „No Repeat Weekend” sprzed dwóch lat — doświadczenie niemal kolekcjonerskie, pozwalające usłyszeć dziesiątki utworów bez powtórzeń i przeżyć momenty, które wcześniej istniały dla wielu, wyłącznie w koncertowych marzeniach. Początek jednak działał bezbłędnie. Creeping Death jest otwarciem idealnym i nigdy się nie nudzi, po nim uderzyli For Whom the Bell Tolls i numerami, które zadebiutowały na tegorocznej trasie: Of Wolf and Man (dla mnie chyba największa niespodzianka, niegrana wszak u nas od 2012 roku), The Memory Remains oraz nieco później The Day That Never Comes. Co ciekawe nie były one też grane w trakcie wspomnianego weekendu dwa lata temu w Warszawie. Właśnie ten pierwszy akt koncertu bywa w przypadku Metalliki najważniejszy — później zaczyna się raczej znany rytuał z obowiązkowym zestawem hitów. Maszyna działała perfekcyjnie. Impulsów energii było kilka — jeden z koncertowych pewniaków Fuel, znakomicie rozpędzona Lux Æterna z potężnie brzmiącymi garami Larsa i ponadczasowe prawie na deser Master of Puppets. Kocioł Czarownic żył emocjami. Morze świateł pojawiło się podczas Nothing Else Matters, pirotechniczne szaleństwo na One, dostojne The Unforgiven, a Seek & Destroy (z zaproszeniem przez Larsa fana na scenę w celu nabicia wejścia do numeru) zamieniło obiekt w zabawę z charakterystycznymi piłkami unoszącymi się nad publicznością.
Finałowe Enter Sandman wywołało oczywiście u większości dalsze szaleństwo. Nawet jeśli to numer boleśnie ograny, nadal pozostaje jednym z tych, które błyskawicznie jednoczą kilkadziesiąt tysięcy ludzi. W takich momentach ten zespół wciąż działa — jako doświadczenie zbiorowe, niemal rytuał. Sam dźwięk z poziomu dolnych trybun w większości był bez zastrzeżeń - mocny bas, czytelny wokal, zero echa i pogłosów.
Na koniec były tradycyjne podziękowania, pożegnania i obietnica powrotu. Publiczność odpowiedziała dokładnie tak, jak zawsze: entuzjazmem i pewnością, że kiedy znów pojawią się w Polsce, stadion ponownie się wypełni (tym razem padł rekord – blisko 90 000 ludzi).
Czekamy. Jak zawsze. I najlepiej znowu w tym miejscu.
Wojciech Markowski
Nieznany
electrolite.wm@gmail.com
Muzyczna 15
Warszawa, 00-001