Jedna z najbardziej charyzmatycznych i wpływowych formacji alternatywnego rocka ostatnich dekad odwiedziła nas po blisko 14 latach, ściągając na swój występ może nie szokująco liczne, ale za to wierne grono słuchaczy. Wśród zgromadzonych można było spotkać wielu dziennikarzy muzycznych czy muzyków innych zespołów. Nikt nie miał wątpliwości na co przychodzi - Garbage pokazali, że mimo upływu lat pozostają zespołem pełnym energii, emocji i koncertowej siły. Na czele niezmiennie Shirley Manson — magnetyczna, hipnotyzująca spojrzeniem, bezkompromisowa i przyciągająca od początku uwagę publiczności.
Trafił się pochmurny dzień, co akurat okazało się atutem. Nad sceną powoli gasło światło dnia, a niebo malowało się odcieniami pomarańczu, różu i granatu. Ten widok nie umknął Shirley, która zwróciła na to uwagę. Wokalistka sprawiała wrażenie autentycznie oczarowanej atmosferą tego miejsca, była w wyśmienitym, pozytywnym nastroju a publiczność odwdzięczała się jej równie ciepłymi reakcjami.
Umiejętnie połączyli materiał z najnowszych wydawnictw z utworami, które od lat mają status alternatywnych hymnów. Można narzekać, że zabrakło rzeczy pokroju Blood For Poppies czy Automatic Systematic Habit, ale nie można odmówić, że numery z nowego wydawnictwa Let All That We Imagine Be the Light dobrze sprawdzają się na żywo. Nie będzie zaskoczeniem, że największe emocje wywołały klasyki typu I Think I'm Paranoid, który zagrano stosunkowo szybko bo już jako czwarty numer, a poza tym Stupid Girl, When I Grow Up, Push It oraz finałowe Only Happy When It Rains (zagrane po raz 1001).
Zespół płynnie przechodził od cięższych, gitarowych fragmentów do bardziej elektronicznych i melancholijnych kompozycji. Utwory takie jak Empty, No Horses czy Control budowały gęsty klimat, podczas gdy największe hity zamieniały Letnią Scenę Progresji w wielki alternatywny, taneczny plac pod gołym niebem. W trakcie koncertu nie zabrakło także odniesień do mniejszości oraz samej Courtney Love, której wokalistka okazywała wsparcie i zachęcała do powrotu na scenę, przypominając jednocześnie o znaczeniu odważnych kobiet, które przecierały szlaki w świecie rocka.
Shirley Manson to bez wątpienia jedna z największych frontmanek, piekielnie charyzmatyczna, dzika, w znakomitej formie. Jej kontakt z publicznością, naturalna charyzma i charakterystyczna mieszanka zadziorności oraz emocjonalności sprawiały, że koncert ani przez chwilę nie tracił intensywności. Obok niej błyszczeli również pozostali muzycy (ten bas i chórki Nicole Fiorentino) stworzyły zwarte, perfekcyjnie brzmiące koncertowe widowisko. Chyba dla nikogo nie było to zaskoczeniem - przed nami stał zespół, który od zawsze wielką role przykładał do produkcji i to się po prostu czuło. Aranżacje nawet jak na plenerowe warunki były czytelne i z potężną dawką dynamiki (pod sceną dźwięk żyleta). Wspaniale było widzieć z bliska legendarnego Butcha Viga, twórcy brzmienia jednej z największych płyt wszechczasów, który prawie w nieustannym skupieniu, przeplatanym z uśmiechem, okładał swoją perkusję.
Garbage po raz kolejny udowodnili, że są zespołem wyjątkowym — takim, który potrafi łączyć alternatywny rock, elektronikę, industrialne brzmienia i popową przebojowość bez utraty własnej tożsamości. Warszawski koncert był pełen nostalgii, ale jednocześnie brzmiał świeżo i współcześnie. To był wieczór, który przypomniał, dlaczego ich twórczość od ponad trzech dekad pozostaje ważna dla kolejnych pokoleń słuchaczy.
Jeszcze przed pojawieniem się Garbage scenę rozgrzali nasi wyjadacze z Izzy and the Black Trees. Shirley nie ograniczyła się do kurtuazyjnych podziękowań dla nich. Wręcz przeciwnie – z dużym entuzjazmem mówiła o zespole, porównując ich energię i artystyczną bezkompromisowość do rzeczy, które w swoich najlepszych latach tworzyły Patti Smith i Kim Gordon. Trudno o bardziej znaczący komplement z ust jednej z ikon alternatywnego rocka.
Organizatorem było Winiary Bookings
zdj. electrolite.wm
Więcej również na:
Nieznany
electrolite.wm@gmail.com
Muzyczna 15
Warszawa, 00-001