– Ten festiwal miał trwać trzy dni, a ostatecznie trwał dwa tygodnie. Dobrze to brzmi – powiedział ze sceny uśmiechnięty, pogodny i legendarny Milo Kurtis, gospodarz imprezy, zamykając ostatni dzień tego cyklicznego muzycznego święta. To prawda. Przez ten czas doświadczyliśmy kilku zmian względem pierwotnych planów, ale teraz – gdy jest już po wszystkim – można śmiało powiedzieć, że był to niesamowicie ciekawy czas. Podobnie zresztą jak sama inicjatywa. Festiwal Muzyka Świata to zawsze było królestwo ludzi muzycznie otwartych, szukających czegoś nowego i lubiących wyjść poza tradycyjne, sztywne ramy. Tu nie liczyły się gatunki, lecz prawdziwa miłość do dźwięku. Nic się nie zmieniło.
Zmiany i wydłużenie całości wymusiła niejako pogoda, która od samego początku próbowała pokrzyżować organizatorom plany. Intensywne upały na początku miesiąca a następnie ryzyko uciążliwych opadów sprawiły, że wszystkie koncerty, zamiast na dachu, odbyły się ostatecznie wewnątrz Terminalu.
Pierwszy dzień festiwalu miał pierwotnie rozpocząć się już w piątek, jednak z powodu fali upałów, koncert zespołu Dikanda, planowany jako otwarcie wydarzenia, został przeniesiony na 12 lipca. W efekcie sobotnią odsłonę Festiwalu w Terminalu Kultury Gocław otworzył występ Light in Babylon, który zabrał publiczność w pełną emocji muzyczną podróż przez kultury i tradycje świata. Charakterystyczne połączenie muzyki Bliskiego Wschodu, Bałkanów, flamenco i współczesnego folku stworzyło niezwykle ciepły, hipnotyzujący klimat. Trzon grupy tworzą charyzmatyczna wokalistka Michal Elia Kamal, gitarzysta Julien Demarque oraz perkusista Metehan Çifçi. Zwłaszcza ta pierwsza, będąca w zaawansowanej ciąży potrafiła wydobyć z siebie nieposkromione ilości energii i błyskawicznie nawiązała kontakt ze zgromadzonymi.
Znakiem rozpoznawczym zespołu zawsze była zresztą ta wyjątkowa bliskość z publicznością. Kamal wielokrotnie dzieliła się ze sceny swoimi historiami z życia, trudnej sytuacji międzynarodowej, dawała upust swojej niezgodzie na konflikty, wojny i podziały. Nie zabrakło w tym wszystkim utworów, które towarzyszą zespołowi na światowych scenach, w tym Hinech Yafa, Gypsy Love, Oshan Song, Nava Ani i Legend. Jednym z najbardziej poruszających momentów była jednak refleksyjna, pełna tęsknoty The Woman of Teheran.
Po tym pełnym emocji występie scenę przejęła legenda polskiej muzyki – Voo Voo. To zespół, który potrafi zagrać bardzo różne koncerty i nigdy takie same. W klimatach festiwalu czuli się jak ryba w wodzie, prezentując set pełen charakterystycznych dla siebie brzmień, swobodnie łączących rock, jazz, blues, folk i inspiracje z różnych stron świata. Nie było celowania w przeboje, bardziej rzeczy nowsze i zabawa graniem. Każdy utwór stawał się tradycyjnie przestrzenią do improwizacji i muzycznego dialogu – ich znaku firmowego od ponad czterech dekad. Wojciech Waglewski wspomniał, że obecność „Milo” będzie miała wpływ na dynamiczny charakter koncertu.
Rzeczywiście, było to spotkanie szczególne. Obaj muzycy znają się od ponad pięćdziesięciu lat, a ich wspólna historia wybrzmiewała w muzyce wielokrotnie. Nie obeszło się bez kumpelskich wspominek o wspólnych czasach i zacieśnianiu przyjaźni m.in. w Amsterdamie. Najbardziej magicznymi momentami wieczoru były utwory wykonane z udziałem Samitry Suwannarit – pochodzącej z Tajlandii śpiewaczki i sopranistki, od lat związanej z Warszawą oraz Chórem Filharmonii Narodowej, gdzie regularnie występuje również jako solistka.
Jej subtelny, a zarazem niezwykle ekspresyjny głos wniósł do koncertu nowy wymiar, doskonale wpisując się w otwartą na świat i różnorodność, muzyczną estetykę Voo Voo. To zawsze były dźwięki wolności. Bis był rzeczą oczywistą.
Drugiego dnia Festiwalu na scenie spotkały się dwa wyjątkowe muzyczne światy. Pierwszy wystąpił Ross Daly, który od dekad inspiruje się tradycjami muzycznymi Krety, Bałkanów, Bliskiego Wschodu i Azji, tworząc niepowtarzalny język dźwięków oparty na dawnych instrumentach.
Gdy klimatyczne misterium dobiegło końca, na scenie pojawił się duet Yazz Ahmed & MILO Ensemble zabierając publiczność w fascynującą podróż przez jazz, arabskie skale i współczesne brzmienia. Był to o koncert pełen energii, improwizacji i niezwykłych muzycznych barw. Uznana trębaczka i kompozytorka, łącząca współczesny jazz z muzyką arabską tworzyła hipnotyzujące pejzaże dźwiękowe, pełne subtelności i przestrzeni.
Finał festiwalu należał do Dikandy – zespołu, który od lat udowadnia, że muzyka świata potrafi być jednocześnie głęboko zakorzeniona w tradycji i niezwykle żywiołowa. Scena natychmiast rozbłysła kolorami, a pierwsze dźwięki zamieniły salę w miejsce wspólnego świętowania. Bałkańskie rytmy, inspiracje kulturą romską, wpływy Orientu i autorskie kompozycje zespołu przeplatały się z niezwykłą swobodą, tworząc muzykę, która nie uznaje granic ani stereotypów. W jednej chwili publiczność wsłuchiwała się w subtelniejsze melodie, by za moment rytmicznie klaskać i kołysać się do pulsujących, pełnych energii utworów. Nie będzie tajemnicą, że to charyzmatyczna Ania Witczak-Czerniawska, tworząca piorunujący duet ze skupioną Kasią Bogusz, zwracały na siebie oczy i uszy większości zgromadzonych. Ich temperament i przeżywanie każdego dźwięku czuło się całym sobą.
Oczywiście nie można zapominać o towarzyszach - Grzegorz Kolbrecki miał długo oczekiwane solo na kontrabasie, Szymon Bobrowski dawał ognia na trąbce, Daniel Kaczmarczyk w pewnej chwili wyczyniał z bongosami istne czary, a Piotr Rejdak tradycyjnie, ze spokojem otulał całość tłem swojej gitary. Na scenie pojawił się nawet Milo, który wsparł zespół na bongosach a Ania stwierdziła, że to właśnie jego kultowy Osjan był dla niej jednym z najważniejszych muzycznych drogowskazów.
To są właśnie wyjątkowe chwile gdzie, obserwujemy takie niesamowite spotkania i dźwiękową współpracę. Numery jak Jakhana Jakhana czy Miłość odegrano przy znacznej pomocy publiczności, a wieńczący całość Kadillak był wyborem idealnym.
Największym atutem Dikandy pozostaje autentyczność, ale i przebojowość. Rozpiera ich naturalna energia. Numery, po lekkiej „nauce” publiczności stają się błyskawicznie doskonale znanymi motywami. Wszystko to przy pełnej zabawie i tańcu, który dopiero podczas tego koncertu sięgał nawet końca sali. To działa. Wystarczą znakomici muzycy, naturalna charyzma i szczera radość wspólnego grania, która błyskawicznie udziela się publiczności. To właśnie ta niewymuszona energia sprawia, że ich koncerty nie są jedynie prezentacją repertuaru, ale wydarzeniami, w których widz staje się częścią muzycznej wspólnoty.
Tegoroczny Festiwal Muzyka Świata - Warszawa po raz kolejny pokazał, że ciekawość jest jedną z najpiękniejszych cech słuchacza. Zamiast podążać utartymi ścieżkami, ponownie zaprosił do odkrywania kultur, instrumentów i historii, których na co dzień nie spotykamy na koncertowych scenach. A gdy ostatnie dźwięki Festiwalu wybrzmiały, a Milo pożegnał wszystkich, trudno było oprzeć się wrażeniu, że z większością uczestników spotkamy się ponownie na kolejnej edycji.
Wojciech Markowski
galerie z koncertów:
Nieznany
electrolite.wm@gmail.com
Muzyczna 15
Warszawa, 00-001