osoba trzymająca trzy płyty CD w rękach
19 października 2026

RELACJA: Drink The Sea 17.10.2026 Proxima

Było to niejako muzyczne królestwo tych, którzy wychowali się na gitarach, w klimacie klubów lat 90., na dźwiękach wolności, improwizacji i alternatywy, bez zbędnych efektów wizualnych rozpraszających uwagę. Było co obserwować i chłonąć. Na scenie klubu Proxima w Warszawie znaleźli się bowiem muzycy, którzy współtworzyli historię rocka alternatywnego, grunge’u i sceny niezależnej, ale zamiast odtwarzać sprawdzone schematy, postanowili poszukać czegoś nowego. Peter Buck, gitarzysta R.E.M., Barrett Martin, znany z zespołów Screaming Trees i Mad Season, Alain Johannes, współpracujący m.in. z Queens of the Stone Age i Them Crooked Vultures, brytyjski muzyk Duke Garwood oraz perkusistka Lisette Garcia tworzą kolektyw, którego siłą jest różnorodność doświadczeń i otwartość na eksperyment. Drink The Sea to tym samym piękny przykład projektu, który udowadnia, że doświadczenie nie musi oznaczać odcinania kuponów od dawnych sukcesów. Pozostaje się cieszyć, że muzycy postanowili do nas przyjechać i mimo niewielkiej frekwencji dali surowy, konkretny występ, podczas którego nie zabrakło nawet małej scenicznej szarpaniny, o czym za chwilę.

 

 

Klub Proxima odwiedziły tego wieczoru osoby świadome, być może nieco przyciągnięte sentymentem, ale na pewno również faktem, że zespół wydaje dobre i ciekawe płyty. Było zgodnie z oczekiwaniami – klub wypełniły tego wieczoru brzmienia wymykające się prostym klasyfikacjom. Rockowe, garażowe uderzenia spotykały się z bluesową surowością, transowością oraz instrumentami wywodzącymi się z różnych tradycji muzycznych. Ten zespół ma wiele twarzy. Rewelacyjnie sprawdzają się zarówno utwory transowe i psychodeliczne, jak i melodyjne, takie jak Shaking for the Snakes, Sever, Sacred Tree, Saturn Calling czy Heal, w których pobrzmiewają mocne echa QOTSA. Są też kompozycje dociążone i mocniej przybrudzone, jak Big Dirty czy It Makes the Rain Slow. Dużo było jednak również klimatycznego „lanegan’owania”, które zapewniał głos Duke’a Garwooda, bliskiego współpracownika i muzycznego kompana Marka Lanegana. Słychać je było w takich utworach jak Outside Again, Deep as the Sun, Bembe for Two, Becalmed czy Embers.

 

Nie mogło zabraknąć utworów, na które wielu czekało: kultowego Long Gone Day z repertuaru kultowego Mad Season oraz The One I Love nieodżałowanego R.E.M. Podczas wykonywania pierwszego z nich doszło niestety do incydentu. Lekkie sceniczne szturchańce poszły jak jednemu z uczestników udzieliły się za bardzo emocje. Przeskoczył przez barierki, wdarł się na scenę i dopadł mikrofon. Nie zdążył nic zaśpiewać, ale na własnej skórze przekonał się, jaką formę fizyczną ma blisko 70-letni Peter, który szybko go spacyfikował, a następnie własnoręcznie usunął ze sceny. Barrett Martin przez cały ten czas był czujny i błyskawicznie podyktował kontynuowanie przez muzyków numeru dzięki czemu nie został on finalnie położony i nie stracił dynamiki.   

Ciekawie było obserwować ten wręcz namacalny stosunek muzyków do samego grania. Doświadczyliśmy występu projektu opartego na koleżeńskich relacjach, niezbudowanego wokół jednego lidera ani na próbie wykorzystania rozpoznawalnych nazwisk do stworzenia kolejnej supergrupy. Każdy miał dla siebie przestrzeń. Martin zapewniał absolutną kontrolę nad rytmem i wspierał zespół wokalnie. Duke, dzięki swojemu głosowi, stawał się przewodnikiem po psychodelicznych, sennych krainach. Peter to absolutny mistrz gitary, a Alain Johannes zachwycał melodyjnym głosem, doskonale sprawdzającym się w bardziej piosenkowych formułach. Lisette Garcia czarowała uśmiechem i nuciła pod nosem teksty właśnie wykonywanych utworów. Nie można też zapomnieć o Dune Butlerze – nieco pozostającym w cieniu, ale grającym całym sobą.

Można u nich dostrzec to coraz rzadsze, autentycznie niezależne podejście do muzyki. 

Drink The Sea to supergrupa, w której największą wartością nie są nazwiska, lecz wolność, z jaką muzycy potrafią ze sobą rozmawiać za pomocą dźwięków. To projekt dla słuchaczy, którzy od muzyki oczekują czegoś więcej niż natychmiastowego efektu – przestrzeni, nieoczywistych połączeń i kompozycji, którym warto poświęcić czas. Ponad dwie godziny grania i euforia taka, że były dwa bisy. Dla wszystkich wychowanych we flanelowych klimatach był to pewnie jeden z wieczorów życia.

Organizatorem koncertu było Live Nation.

Wojciech Markowski

 

zdj. electrolite.wm

Więcej również na:

https://www.facebook.com/electrolite.wm

www.instagram.com/electrolite.wm 

 

-----------

Podoba Ci się to, co robimy?  

 

Twoje wsparcie pomaga nam rozwijać Naszą Fonosferę, tworzyć kolejne relacje, recenzje i wywiady oraz docierać do najciekawszych wydarzeń muzycznych. Dla Ciebie to niewielki gest, a dla nas realna pomoc w rozwijaniu niezależnego medium o muzyce i kulturze.

Dziękujemy, że jesteś z nami!

Nieznany

electrolite.wm@gmail.com 

 

Muzyczna 15

Warszawa, 00-001

Kontakt

Menu

Śledź nas

A website created in the WebWave website builder