mężczyzna w czerwonej i białej koszuli z długim rękawem stojący obok kobiety w białej koszuli z długim rękawem
16 września 2026

RELACJA: Black Stone Cherry / 10 Years 13.09.2026 Progresja 

Niedziela nie zawsze jest najlepszym dniem na koncert. Tym razem jednak nikt chyba nie przejmował się tym, że następnego dnia trzeba będzie boleśnie wrócić do rzeczywistości. 13 września warszawska Progresja mimo, iż wypełniona w niewielkim stopniu - dostała solidną dawkę amerykańskiego rocka – najpierw w wydaniu alternatywnym za sprawą 10 Years, a później zdecydowanie bardziej południowym, bluesowym i hardrockowym, kiedy scenę przejęli Black Stone Cherry. Organizatorem było Live Nation.

Ci pierwsi od lat funkcjonują gdzieś pomiędzy alternatywnym rockiem, post-grunge'em i cięższym, momentami niemal metalowym graniem. Otworzyli od Novacaine, a chwilę później wybrzmiało Fix Me. Po Gravity stało się coś, czego wielu obecnych mogło się spodziewać - Heart-Shaped Box. Granie Nirvany to zawsze manewr ryzykowny. Przepuścili go jednak przez własną wrażliwość, dzięki czemu zabrzmiał jak naturalna część ich koncertu, a nie ukłon w stronę grunge'owej historii. Kulminacją stanowiło Wasteland i The Optimist.

A potem przyszła pora na wesołą ekipę z Kentucky. Black Stone Cherry od ponad dwóch dekad biorą southern rock, hard rock, blues, klasyczne amerykańskie granie i przepuszczają je przez własny filtr. Dobrze wiedzą, jak zrobić z prostego riffu bujającą rozrywkę. Gdy wyszli na scenę, od pierwszych dźwięków Me and Mary Jane było jasne, że będzie potrzeby budowania atmosfery przez pół koncertu. Są jednym z tych zespołów, które mają gotowy kod komunikacyjny. To też dobry przykład bandu, który na żywo brzmi po prostu lepiej niż na swoich płytach, w których czasami dominuje za duża produkcyjna sterylność (nieco więcej pisaliśmy o tym TUTAJ).

Koncert był częścią The Celebrate Tour 2026, a sama trasa zgodnie z zapowiedzią eksponowała zarówno materiałem najnowszym w postaci Celebrate, Deep czy Neon Eyes z najnowszego wydawnictwa „Celebrate”, jak i utwory, które przez lata stały się ich znakami rozpoznawczymi. Gitary Chrisa Robertsona i Bena Wellsa robiły swoje – raz ciężko, raz bluesowo, czasem wręcz klasycznie rockandrollowo. Najlepsze momenty to były te gdzie robiło się mięsiście i odchodziło od bezpieczniejszych radiowych rejonów. Nad wszystkim unosił się nieprzerwanie charakterystyczny głos Robertsona. Wszystko to spięte jednym mianownikiem – ogromną frajdą z grania.

W repertuarze znalazły się między innymi Burnin, Again, Out of Pocket, ale najlepszą częścią było zagranie po sobie Like I Roll oraz Hell and High Water. Zwłaszcza ten ostatni przypomniał jakim świetnym wydawnictwem był ich debiut z 2006 roku (wybrzmiał z niego jeszcze niestety tylko Lonely Train).

To był wysoce energetyzujący wieczór. Trudno było oczekiwać przecież czegoś innego od zespołu, który przez lata dzielił scenę między innymi z Alter Bridge, Def Leppard, Gov't Mule, Lynyrd Skynyrd, Bad Company, Motörhead, Halestorm czy ZZ Top. Prawda?

fot. electrolite.wm

więcej na:

www.instagram.com/electrolite.wm

https://www.facebook.com/electrolite.wm

 

Nieznany

electrolite.wm@gmail.com 

 

Muzyczna 15

Warszawa, 00-001

Kontakt

Menu

Śledź nas

A website created in the WebWave website builder