Studencka okolica zlokalizowana w sąsiedztwie krakowskiego klubu Gwarek miała wieczór pełen potężnego łupnięcia. Od samego początku zapowiadało się na jedno z takich muzycznych spotkań, że „jutro człowiek będzie niewyspany, ale szczęśliwy”. Oj, było głośno, było z przytupem i momentami człowiek miał wrażenie, że ściany klubu sprawdzają swoją wytrzymałość konstrukcyjną. Na szczęście wytrzymały – podobnie jak publika, choć po niektórych minach można było podejrzewać przyjemne muzyczne odklejenie od rzeczywistości.
Dodatkowego klimatu dodawał fakt, że cały koncert był rejestrowany na potrzeby przyszłego wydawnictwa koncertowego. Obiektywów było tyle, że chwilami można się było poczuć jak na planie dokumentu o ludziach uzależnionych od dźwięków skrzypiec, tekstów Baczyńskiego czy innego progresywnego grania. Co jednak najważniejsze – atmosfera pozostała całkowicie naturalna. Bez napinki, bez sztucznego pompowania emocji. Po prostu ANKH robił swoje. Klub może nie największy, ale na taką muzyczną wyprawę idealny. Ludzi przyszło sporo. Nie zabrakło sympatyzującej wiary, przyjaciół i wiernych koncertowych wyjadaczy. Stawili się tłumnie i od pierwszych minut wspomagali swoją energią.
No i dźwięk. Wielkie brawa za realizację – naprawdę kawał świetnej roboty. Brzmienie było konkretne, mięsiste i przestrzenne, ale bez klubowego chaosu, który czasem potrafi zamienić dobry koncert w walkę o przetrwanie uszu. Tutaj od samego początku wszystko siedziało idealnie. Bas sunął po sali, bębny miały odpowiedni ciężar, a skrzypce przebijały się przez całość z charakterystyczną dla ANKH hipnotyczną lekkością.
Set trwał ponad dwie godziny i był solidnym przekrojem przez historię zespołu. Nie zabrakło numerów, na które zawsze czeka publika. Gdy wybrzmiały mocarze jak Fear & Love, Kraina umarłych czy Wiara, sala odpłynęła w melancholijno-transowy klimat. Lancelot tradycyjnie zrobił swoje – cięższy, gęsty i hipnotyczny numer w wersji koncertowej ma potężną moc. Były też momenty bardziej przestrzenne i filmowe (Pieśń o szukaniu, Brama, Chleb i Krew, Słońce) przy których można było odpłynąć gdzieś bardzo daleko. Na finał wybrzmiało Czekając na słońce i był to wybór idealny – czad okrutny.
Najfajniejsze w koncertach ANKH pozostaje jednak to, że mimo ogromnego doświadczenia i statusu zespołu niemal kultowego, na scenie wciąż nie ma cienia rutyny. Pełen luz, zero gwiazdorzenia, za to ogromna koncentracja na muzyce. I właśnie dlatego po koncercie nikt nie uciekł tylnym wyjściem. Muzycy tradycyjnie od razu wyszli do ludzi, długo rozmawiali, śmiali się, robili zdjęcia i dziękowali za wsparcie. Bardzo swojska, szczera atmosfera – bez bariery „scena–publiczność”. Taki obrazek dziś niestety nie jest już oczywistością, a tutaj pozostaje czymś całkowicie naturalnym.
To też chyba najlepiej pokazuje fenomen ANKH – zespołu, którego pierwsze dwie płyty należą niezaprzeczalnie do największych klejnotów rodzimego rocka, z ogromnym stażem i własnym stylem, który od lat idzie trochę obok głównego nurtu, po swojemu i bez kalkulacji. W sumie może to i dobrze - dzięki temu te koncerty mają duszę. Ten zespół naprawdę zasługuję na potężną koncertówę z prawdziwego zdarzenia.
A jeśli ktoś nie dotarł do Krakowa albo po prostu chce dokładkę – już 23 maja będzie okazja zobaczyć ANKH w warszawskim Klubie Potok. Kto może, niech rusza - bardzo przyjemne i zdecydowanie głośne podróże dźwiękowe.
zdj. electrolite.wm
Więcej również na:
Nieznany
electrolite.wm@gmail.com
Muzyczna 15
Warszawa, 00-001