Groźne kocisko patrzy na nas z tekturowej okładki autorstwa duetu Mike’a Nessa oraz Sheparda Faireya (tego m.in. od marki Obey), w rozkładówce pojawia się zdjęcie klasycznego Gibsona Mike’a w futerale obok pięknych fotografii i tekstów, a z głośników rozlewają się pierwsze dźwięki i wszystko wokoło robi się jakieś takie piękniejsze. Piętnaście lat od ostatniego wydawnictwa to szmat czasu, cieszy jednak, że są zespoły, które potrafią powrócić w blasku chwały — z energią i brudem cechującymi ich najlepsze czasy. Zwłaszcza, gdy są to zespoły ważne.
To pierwszy album Social Distortion nagrany po walce Nessa z rakiem migdałków, zdiagnozowanym w 2023 roku. Nagrania zostały wtedy przerwane, a sam Mike przeszedł długie leczenie i rekonwalescencję. Powrót do studia nadał materiałowi dodatkowej intensywności, gniewu i emocjonalnego ciężaru, ale też sprawił, że lekko wnerwiony tygrys na froncie zaczął pasować symbolicznie do charakteru samej płyty: jest brud, bunt i rock’n’roll. Fajnie, bo trochę tego brakowało na ostatnich płytach.
Wrażenie robi już od samego początku brzmienie. „Born To Kill” to wyraźny powrót do zwartego, przybrudzonego i bardziej agresywnego grania. Bas Brenta Hardinga jest cudownie pulsujący i wyraźny, a perkusja Davida Hidalgo Jr. w punkt. Jest tu zdecydowanie mniej słonecznego, rockowego klimatu znanego z „Hard Times and Nursery Rhymes”, a dużo więcej motoryki kojarzącej się z najlepszym okresem zespołu — gdzieś pomiędzy „Somewhere Between Heaven and Hell”, a arcydziełem „White Light, White Heat, White Trash”.
Już sam utwór tytułowy, będący przy okazji pierwszym oficjalnym singlem, działa jak manifest — szybki i pełen charakterystycznego dla Nessa rock’n’rollowego brudu. Nie inaczej jest w kolejnym No Way Out — tak, zespół brzmi „głodniej” niż na poprzednim wydawnictwie. Wracają klasyczne solówki na dwie gitary z Jonny’m Wickershamem i punkowe strzały. Znany z singla, rozliczeniowy i wspominkowy The Way Things Were szybko serwuje dźwiękowe zwolnienie, ale to numer kapitalny. Na szybkie tory wracamy dzięki rock’n’rollowemu Tonight i również znanemu już wcześniej Partners In Crime. Są oczywiście miejsca na ukłon w stronę tradycji americany - Crazy Dreamer z gościnnym udziałem Lucindy Williams. Jest to kompozycja nostalgiczna - Mike od dekad flirtował z country, co było słyszalne zarówno na jego materiałach solowych, jak i bardziej „słonecznych” momentach Social D.
Nieco gorzej wygląda sytuacja z coverem Wicked Game Chrisa Isaaka. Social Distortion podchodzą do niego w swoim stylu — gitary są cięższe, a całość zyskuje lekko garażowy charakter. Problem w tym, że poza tymi kosmetycznymi zmianami interpretacja nie wnosi właściwie nic nowego. Tym bardziej rzuca się to w uszy, jeśli przypomnieć sobie wcześniejsze przeróbki zespołu, gdzie cover często stawał się niemal ich własnym utworem. Wicked Game, mimo iż przepuszczone przez charakterystyczny miks punk rocka, brudu, rockabilly i ulicznego romantyzmu, jest po prostu poprawne. Dobrze zagrane, solidnie wyprodukowane, ale na tle najmocniejszych momentów albumu oraz historii zespołu pozostawia niedosyt. Byłoby niezłym bonusem lub ciekawostką, ale jego brak raczej by nie zaszkodził. Może to też efekt, że to utwór tak boleśnie ograny?
Wielka czwórka ostatnich numerów to już klasyczne gitarowe strzały, które przynoszą uśmiech od ucha do ucha: Walk Away (Don’t Look Back) zachwyca pięknymi zmianami tempa, kroczące monstrum Never Goin’ Back Again urzeka jednym z lepszych refrenów, a Don’t Keep Me Hanging On może momentami nieco się rozciąga, ale finalnie wychodzi na plus. Końcówka to piękne, punkrockowe Over You z kolejnymi gitarowymi solówkami. Co dalej — wiadomo: repeat na odtwarzaczu.
Ocena: 4,5 / 5
Nieznany
electrolite.wm@gmail.com
Muzyczna 15
Warszawa, 00-001