Jeśli wierzyć słowom Dave’a Mustaine’a, że mamy tu do czynienia z albumem pożegnalnym jego szalonej, rozpędzonej muzycznej watahy to jest to odejście godne. Nie jest to rzecz lepsza od niszczycielskiego „The Sick, the Dying... and the Dead!” sprzed 4 lat, raczej bezpieczna, ale jak na finisz - mamy tu niejako podsumowanie wszystkiego, co w Megadeth znane i najlepsze. Otwierający singlowy Tipping Point to prawdziwy cios między oczy we wściekłych tempach i tnących solówkach, w których Teemu Mäntysaari przez cały album błyszczy. Dirk Verbeuren również rozdaje perkusyjnie strzały, aż miło.
Najlepsze momenty to numery pokroju odpowiednio dociążonego Puppet Parade (ależ byłby piękny tytuł płyty), Hey God!, punkowego Made To Kill czy skradającego, niepokojącego Obey The Call. Czy mamy tu spoglądanie w wiadomy zespół? Ależ oczywiście. Wspomnienia i ręka Mustaine’a musiały znaleźć swoje ujście we wspominkowym, tnącym Let There Be Shred pachnącym nowocześniejszym podejściem do czasów Kill’em All czy dołączony jako bonus Ride The Lightning, który mimo iż jest przecież numerem absolutnie genialnym i naznaczonym odpowiednią historią – stanowi wyłącznie ciekawostkę, której mogłoby na tym wydawnictwie nie być.
Nie ma sensu wracać po raz kolejny w analizach do złotych czasów bandu, najlepszych składów i pomysłów. Cieszmy się tym co jest, bo Megadeth tą płytą dał nam naprawdę dużo.
So here's my last will
My final testament, my sneer
I came, I ruled, now I disappear
Czy to ostatni taniec Vica Rattleheada? Czy doczekamy się jeszcze kilku koncertów w Polsce? Czas pokaże. Najbliższy już na Mystic Festival.
Ocena: 4/5
Nieznany
electrolite.wm@gmail.com
Muzyczna 15
Warszawa, 00-001