Po „One Assassination Under God – Chapter 1” Marilyn Manson znalazł się w miejscu, w którym nie był od dekad. Świetna forma, udane koncerty i przede wszystkim znakomity album sprawiły, że zaczęliśmy się zastanawiać, jak długo to wszystko potrwa. Teraz, po premierze kolejnego wydawnictwa, odpowiedź jest jasna: diabelska moc wciąż jest z nim, a on pozostaje w najlepszej formie — scenicznej i artystycznej — od dekad. „Chapter 2” zabiera nas ponownie w klimatyczną podróż przez mrok, gniew, ból i wewnętrzne cierpienie Briana. Jest nawet posępniej niż na poprzedniku. Jeśli tamten album był pierwszym wybuchem po latach milczenia, „Chapter 2” jest jego konsekwencją. Manson nie odsuwa od siebie bólu, grzebie w nim, rozkłada na części, wraca do tych samych miejsc, w których coś w nim pękło. Najciekawsze jest to, że cierpienie nie zostaje tutaj sprowadzone do jednej emocji. Jest gniew, jest żal, jest poczucie straty, ale również rezygnacja i coś znacznie bardziej niepokojącego — świadomość, że niektórych ran nie da się zamknąć. Manson porusza się pomiędzy nimi z charakterystyczną dla siebie teatralnością, ale stawia w znacznej mierze na melodię, średnie tempa i czytelność całości. Ciężkie gitary, industrialny puls i posępne, niemal duszne aranżacje tworzą przestrzeń, w której nie ma zbyt wiele światła. Tyler Bates ponownie pomaga mu budować ten dźwiękowy krajobraz.
A słucha się go wyśmienicie. Nie jest to może łatwy album, ale też nie takie powiew otchłani jaki Marilyn potrafił serwować w początkach swej twórczości. Jego podobne tempa i ponure faktury sprawiają, że niektóre utwory mogą zlewają się ze sobą, ale ta monotonia jest ewidentnie konsekwencją przyjętej formuły. Album jest spójny i ma wiele z tego co w Mansonie lubiliśmy: nihilistyczne Unalive, nieco zimno - taneczne Don't Answer the Door i None of the Suns, przebojowe Lucifer's Teardrop czy wreszcie gniewne Front Toward Enemy, The Arsonist oraz Exit Wound to ścieżki, które wciąż brzmią dobrze i zaskakująco świeżo. Finał w postaci Enantiomorph to również coś kapitalnego.
Na poprzedniej płycie dominowały gniew, konfrontacja i potrzeba odzyskania własnego głosu. Marilyn wracał do muzyki z energią człowieka, który miał wiele do powiedzenia i nie zamierzał tego przemilczeć. Drugi rozdział jest bardziej skupiony i znacznie bardziej osobisty. Gniew nie znika, ale przestaje być celem samym w sobie. Manson zamiast rozdawać ciosy, zaczyna przyglądać się ich skutkom.
Choć w głowie mogę mieć niebo, w sercu noszę piekło
Nie odejdę po cichu w mrok nocy
Śmierć będzie jedynym światłem w mojej ciemności
Żyjemy w czasach niepewnych, nerwowych i pełnych sprzeczności. Potrzebujemy muzyki, która również pozostawia pytania, która potrafi być niewygodna i niejednoznaczna. Nie jest już może niebezpiecznie i szokująco, ale Manson trafia w tę atmosferę wyjątkowo celnie.
Ocena: 4,5/5
Nieznany
electrolite.wm@gmail.com
Muzyczna 15
Warszawa, 00-001