Czy może być coś bardziej punkowego niż Jabol Punk grany w Filharmonii? Przyznajcie, że ciężko to sobie wyobrazić. Co ciekawe - ta zgrywa działa, a album „Filharmonia”, podbudowany efektowną i długa trasą koncertową (piszemy o niej m.in. TUTAJ) to bezsprzecznie wyjątkowe wydawnictwo w historii bieszczadzkiej legendy. Owszem - w ich przypadku, może nie jest to nic rewolucyjnego (podobne akustyczne podchody robili już dużo wcześniej), ale skala, w jakiej robią to obecnie, jest najbardziej okazała. Płyta to prawdziwy muzyczny dokument przedstawiający spotkanie dwóch pozornie odległych światów – punkowego buntu i dostojnej kameralności, przy czym KSU zachowuje tu swój charakterystyczny pazur i co najważniejsze - autentyczność. Warto również wspomnieć o warstwie graficznej całego wydawnictwa, którą przygotowano z dużą dbałością. Wersja CD posiada aż trzy warianty kolorystyczne okładki.
Koncert został zarejestrowany 5 października ubiegłego roku w Filharmonii Podkarpackiej w Rzeszowie i udowadnia, że punk rock nie musi opierać się na przewidywalnych muzycznych rozwiązaniach i zagrywkach. To czyni właśnie największą siłę tego wydawnictwa - umiejętne połączenie akustycznych aranżacji z duchem niezgody i buntu. Dotychczasowe, klasyczne czady jak Pod prąd, Liban czy zamykające całość 1944 brzmią tu przestrzennie i dojrzale, pozwalając dodatkowo wybrzmieć tekstom oraz emocjom zawartym w głosie Siczki. Wtóruje mu cała szajka muzycznych wojowników na czele z niezawodnym Jarosławem Kidawą (odpowiadającym również za finalny mastering płyty) wycinającym wraz z Maciejem Biernackim na swoich gitarach szalone galopady, rozśpiewany Leszek „Dziaro” Dziarek na perkusji czy Tomasz „Szamot” Rzeszutek z m.in. kultowego Jesus Chrystler Suicide na basie i w chórkach.
W numerach spokojniejszych, bardziej refleksyjnych jak Za mgłą, Tańczący z czasem czy Deszcz wybrzmiewa kameralny charakter koncertu. Właśnie wtedy najlepiej też słychać kunszt i współpracę skrzypiec Elizy Kuźnik z fletem Konrada Oklejewicza czy kontrabasem Marcina Chatysa. Obecność takiego instrumentarium (oprócz nich m.in. harfa gotycka, wiolonczela, altówka, lira korbowa, kij deszczowy czy conga) oraz innych folkowych ozdobników tworzy nostalgiczną atmosferę, od lat obecną w twórczości zespołu. Ten bieszczadzki pierwiastek nie jest jedynie dodatkiem – stanowi integralną część ich muzycznej tożsamości. Mimo oprawy miejscówki, zespół nie próbuje na siłę wygładzać swoich kompozycji ani dostosowywać ich do szlachetnego otoczenia.
Album, który trafił w nasze ręce jest pełen emocji, nostalgii oraz energii i powinien zainteresować zarówno wieloletnich fanów zespołu, jak i słuchaczy szukających bardziej dojrzałego oblicza rodzimego, klasycznego punk rocka, którego słucha już kolejne pokolenie.
Ocena: 4,5/5
Nieznany
electrolite.wm@gmail.com
Muzyczna 15
Warszawa, 00-001