Siostry Miłosierdzia to historia artystycznej obsesji, konsekwencji, konfliktów, ironii, nieustannego podważania własnego wizerunku i niezwykłej umiejętności budowania muzyki, która przez ponad cztery dekady nie straciła swojej siły. Założona w 1980 roku w Leeds przez Andrew Eldritcha i Gary’ego Marxa grupa bardzo szybko stworzyła własny język: ciężki, hipnotyczny, oszczędny, mroczny, a jednocześnie niezwykle taneczny. Stali się jednym z fundamentów gothic rocka, choć sam Eldritch przez lata konsekwentnie odrzucał etykietę „goth”.
Początki były niemal punkowe. Eldritch i Marx założyli zespół, wydając pierwsze nagrania własnym sumptem w ramach Merciful Release. Bardzo szybko pojawił się jednak element, który miał stać się jednym z najbardziej charakterystycznych znaków firmowych grupy – automat perkusyjny nazwany Doktor Avalanche. To rozwiązanie było czymś więcej niż technicznym substytutem perkusisty. Mechaniczny rytm nadał muzyce Sisters charakterystyczną, chłodną pulsację, na tle której gitary, bas i głos Eldritcha mogły stworzyć zupełnie nową jakość. W epoce, w której rock nadal w ogromnej mierze opierał się na fizycznej obecności zespołu i tradycyjnej sekcji rytmicznej, The Sisters of Mercy zaczęli budować własną mitologię wokół człowieka, wokalisty i maszyny. Przełom przyszedł wraz z kolejnymi singlami i EP-kami, a następnie z pojawieniem się Wayne’a Hussey’a. To właśnie skład z Eldritchem, Marxem, Craigiem Adamsem i Husseyem doprowadził do powstania materiału, który w 1985 roku ukazał się jako „First and Last and Always”. Debiutancki album do dziś pozostaje jednym z najważniejszych dokumentów narodzin gothic rocka. Znalazły się na nim między innymi „Black Planet”, „Walk Away”, „No Time to Cry”, „Marian” i „Some Kind of Stranger”. Płyta dotarła do 14. miejsca brytyjskiej listy albumów i otrzymała status złotej płyty w Wielkiej Brytanii.
„First and Last and Always” jest jednak czymś więcej niż historycznym dokumentem. Jej siła polega na tym, że nawet po czterdziestu latach brzmi jak muzyka posiadająca własną fizykę. Gitary są jednocześnie zimne i zmysłowe, bas ma niemal hipnotyczną funkcję, a charakterystyczny głos Eldritcha – niski, zdystansowany, chwilami jakby obojętny – nie tyle opowiada historię, ile kreuje postać stojącą gdzieś poza światem przedstawionym. Album stał się wzorem dla niezliczonej liczby wykonawców, a jego wpływ sięgnął daleko poza gothic rock. Paradoksalnie, właśnie w momencie największego artystycznego sukcesu zaczęły się rozpadać fundamenty zespołu. Gary Marx odszedł, a wkrótce z grupą pożegnali się również Wayne Hussey i Craig Adams. Konflikt Eldritcha z byłymi muzykami przerodził się w jeden z najbardziej charakterystycznych sporów w historii rocka. Hussey i Adams stworzyli później The Mission, natomiast Eldritch rozpoczął działalność pod nazwą The Sisterhood. Nie chodziło wyłącznie o muzykę – stawką stała się również nazwa zespołu i związane z nią prawa. Spór miał wymiar prawny, finansowy i artystyczny, a jego echa do dziś należą do legendy Sisters of Mercy. Z tego chaosu narodziło się jednak „Floodland”, czyli druga wielka płyta zespołu i prawdopodobnie najbardziej spektakularne świadectwo geniuszu Eldritcha. Wydany w 1987 roku album był radykalną zmianą w stosunku do debiutu. Zniknęła klasyczna gitara w centrum kompozycji, pojawiły się natomiast monumentalne aranżacje, syntezatory, chóry i rozbudowana produkcja. Eldritch, wspierany między innymi przez producenta i kompozytora Jima Steinmana, stworzył płytę ogromną, niemal teatralną. „This Corrosion” stało się jednym z najbardziej rozpoznawalnych utworów grupy, a „Lucretia My Reflection” i „Dominion/Mother Russia” dopełniły zestaw kompozycji, które zdefiniowały bardziej monumentalne oblicze zespołu.
Trzeci album, „Vision Thing” z 1990 roku, ponownie pokazał, że Siostry nie zamierzają nagrywać tej samej płyty dwa razy. Tym razem zespół skierował się w stronę cięższego, bardziej rockowego brzmienia. Gitary wyszły na pierwszy plan, produkcja stała się potężniejsza, a „More” ponownie powstało przy współpracy z Jimem Steinmanem. I tutaj zaczyna się najbardziej niezwykła część historii The Sisters of Mercy. Zespół, który w latach 80. należał do najważniejszych formacji alternatywnego rocka, po wydaniu zaledwie trzech albumów studyjnych praktycznie przestał nagrywać pełnowymiarowe płyty. „First and Last and Always”, „Floodland” i „Vision Thing” ukazały się w latach 1985–1990 i do dziś pozostają jedynymi trzema oryginalnymi albumami studyjnymi grupy.
To właśnie brak nowych albumów stał się jednym z największych fenomenów zespołu. W normalnych warunkach tak długa przerwa powinna oznaczać utratę znaczenia. W przypadku SOM stało się coś odwrotnego. Ich legenda rosła. Kolejne pokolenia odkrywały stare płyty, a utwory takie jak „Temple of Love”, „Alice” czy „Marian” funkcjonowały niezależnie od aktualnych mód. The Sisters of Mercy przestali być wyłącznie zespołem z konkretnej epoki. Stali się punktem odniesienia. To nie jest wyłącznie zespół z trzema znakomitymi płytami. To zjawisko kulturowe zbudowane na sprzecznościach. Są mroczni, ale potrafią być taneczni. Są teatralni, ale jednocześnie pełni autoironii. Są zakorzenieni w gothic rocku, ale ich lider odrzuca tę etykietę. Korzystają z automatu perkusyjnego, a mimo to stworzyli jedną z najbardziej charakterystycznych rytmik w historii alternatywnego rocka. Nie nagrywają regularnie nowych albumów, a mimo to pozostają zespołem koncertowym o ogromnym znaczeniu.
Co więcej, Sisters of Mercy udowodnili, że do stworzenia legendy nie zawsze potrzeba ogromnej dyskografii. Trzy albumy wystarczyły, aby zbudować katalog, do którego wracają zarówno fani gotyku, post-punku i darkwave, jak i muzycy reprezentujący metal, rock alternatywny czy elektronikę.
Paradoksalnie więc największą siłą The Sisters of Mercy jest nie to, co nagrali, lecz również to, czego nie nagrali. Ich milczenie stało się częścią legendy. Każda zapowiedź nowej muzyki, każda nowa kompozycja pojawiająca się podczas koncertów i każda kolejna trasa natychmiast wywołują zainteresowanie, ponieważ za nazwą wciąż stoi obietnica powrotu do świata stworzonego przez Eldritcha i Doktora Avalanche. A na kolejny kontakt z tym światem polscy fani nie będą musieli długo czekać. The Sisters of Mercy wrócą do Polski jesienią 2026 roku. 22 października zagrają we Wrocławiu w Centrum Koncertowym A2, a dzień później – 23 października – w warszawskiej Progresji. Warszawski koncert jest już wyprzedany, co tylko potwierdza, że zainteresowanie zespołem po tylu dekadach pozostaje wyjątkowo silne.
The Sisters of Mercy przetrwali własną epokę. Przetrwali zmiany muzycznych mód, konflikty, rozłamy, problemy z wytwórniami i niemal trzy dekady bez nowego studyjnego albumu. Co najważniejsze, przetrwali również próbę czasu. Ich muzyka nadal brzmi jak coś, co nie należy całkowicie do przeszłości. Jest w niej chłód, tajemnica, puls, mrok i charakterystyczna dawka przesady, ale przede wszystkim jest własny język. A tego nie da się łatwo skopiować.
Nieznany
electrolite.wm@gmail.com
Muzyczna 15
Warszawa, 00-001